Lucjan Wolanowski
SmodCMS

Nie ma pieniędzy – nie ma Szwajcarów

Hotel „Drachen” w Bazylei zbudowano dopiero przed kilku miesiącami. Ma on wszystko, czego współczesnemu podróżnemu potrzeba do szczęścia. W każdym pokoju na stoliku nocnym telewizor częstujący dwoma programami szwajcarskimi (niemieckim i francuskim) oraz widowiskami telewizji Francji i NRF. W barze hotelowym jest stare wino w omszałych butelkach oraz młode dziewczyny w workowatych sukniach. W podziemiach jest też specjalny schron atomowy, ale ponieważ podczas mej bytności w Bazylei nie było (na szczęście) żadnego nalotu nawet ze zwyczajnymi trotylowymi bombami, więc z niego nie korzystałem.

Hotel „Drachen” w Bazylei ma skromną fasadę – za to wnętrze jest nastawione na wygodę. Gdyby jednak postanowiono z biegiem lat dorobić i ozdóbki, to proponuję motywy dekoracyjne: retorty, probówki, sączki i kolby. Bogactwo miasta bierze bowiem swój początek w chemii. Co czwarty frank zarobiony w Bazylei zarobiony jest bezpośrednio lub pośrednio w przemyśle chemicznym. Jest to tym dziwniejsze, że mała Szwajcaria nie posiada żadnych surowców dla wielkiej chemii prócz wody i powietrza. Jeżeli Was to interesuje, to zechciejcie, proszę, posłuchać tej niecodziennej historii.

Morituri te salutant!

„Pacjenci całego świata! Idący na śmierć pozdrawiają was!” - taki napis bowiem powinien właściwie widnieć nad wejściem do wielkich laboratoriów badawczych firmy „Geigy”.

Na małym stole operacyjnym uśpiony kot przeżywa ostatnie chwile swojego życia. Gumowe przewody wdrążają się w jego ciało rzucając na ekran w sąsiednim pokoju tajemnice kociego serca, zmagającego się z nową substancją chemiczną. Kocie pazury wysuwają się bezwiednie jak gdyby w obronie przed napastnikiem, kocie kły szczerzą się na niewidzialnego wroga.

Obok królicze ucho, długie ucho pokryte aksamitnym włosem - pewnie było miłe do głaskania. Ale ucho jest samotne - jego właściciel został już zjedzony... Ucho żyje jeszcze przez 3 doby i służy do badań nad rozszerzeniem naczyń krwionośnych.

Stół operacyjny dla psa jest pusty, ale posługacz zmywa ślady krwi. Za to już nie opodal myszy tańczą upiorny taniec śmierci, nim dostaną nowy lek uspokajający, który uspokoi ich rozbiegane nogi. Całe mysie pokolenie nowy preparat uspokoi na zawsze, nim wreszcie utrafi się w odpowiednią dawkę leku. Przemogłem się jeszcze i wszedłem do celi śmierci dla zwierząt. Jedzą, piją, piszczą, miauczą - po prostu żyją, a przecież droga stąd wiedzie tylko pod lancet uczonego.

Achtung! Kater!

Ten napis nad sąsiednimi drzwiami nie oznacza bynajmniej, że pracujący tam naukowcy są w stanie poalkoholowego kociokwiku. Wręcz przeciwnie - na twarzach ich maluje się zimna obojętność i rzeczowość ludzi nauki. Ostrzeżenie dotyczy kilku przedstawicieli kociego rodu, spacerujących po podłodze laboratorium, którzy mogliby uciec przez nie domknięte drzwi. Chcę odruchowo pogłaskać te koty, kiedy dostrzegam, że ich wspaniale futra przeżarte są jakimiś liszajami - naturalnie sztucznie wywołanymi. Dr B. jak gdyby dosłyszał moje pytanie bez słów... „tak, ja też lubię koty, ale czy wynalazł pan lepszy sposób na badanie nowych lekowi My jeszcze nie. Dlatego próbujemy je na zwierzętach!”

„Geigy” koncentruje w tej chwili swe siły na froncie walki z reumatyzmem. A rak? Uczeni milczą. Może tak, może nie - nie trzeba pytać za wiele... I tak bardzo trudno się tu dostać, konkurencja nie śpi. I dlatego też tylko kilka osób z wielotysięcznej załogi firmy „Geigy” wie, jakie jest przeznaczenie leku oznaczonego jedynie numerem kolejnym S 27 202, a wypadającego ze lśniącej czystością maszyny w postaci białych tabletek. Ten lek narodził się w teoretycznych obliczeniach, potem dojrzał w retorcie, potem zażywały go coraz większe zwierzęta, zabijał je lub przedłużał im życie. Potem długo radzono, postanowiono wyprodukować kilkaset tabletek, w klinice dostanie je na próbę ssak, którego szkielet ma 216 kości, a w którego żyłach płynie około 6 litrów krwi, ssak zwany homo sapiens. I jeszcze miną lata, nim lek powędruje do szpitali, trafi do aptek. A może nie zadowoli lekarzy i kosztowne prace pójdą na marne.

W hali fabrycznej widziałem wypadające z maszyny sulfamidy, które mogłyby wymordować całe armie bakterii skuteczniej niż karabiny maszynowe, widziałem tony środków nasennych, którymi można by uśpić całą Polskę lepiej niż różnymi artykułami wstępnymi, widziałem leki bardziej przyspieszające krążenie niż widok Sophii Loren, Giny Lollobrigidy i innych włoskich piękności o wspaniałych płucach, widziałem sterty środków przeczyszczających gotowych do rozprawienia się ze skutkami obżarstwa zarówno w Gospodzie Ludowej w Pcimiu, jak i „Chez Maxime” w Paryżu. I to wszystko kiedyś badano w laboratoriach... Notes mi pęcznieje od uczonych nazw, piętrzą się nazwy chorób tropikalnych i tutejszych, można się zdziwić, że tyle niebezpieczeństw czyha na biednego człowieka - przecież jest nas tylko trzy miliardy na tej planecie! I tylko mała notatka reportera zamyka spostrzeżenia z wizyty w laboratoriach, gdzie walczą ze śmiercią nękającą ludzi zadając śmierć zwierzętom. U „Geigy’ego", w laboratoriach, gdzie dręczą koty, na ścianie ktoś przykleił sielankową pocztówkę z rodzaju tych, jakie kiedyś sprzedawano u nas na odpustach: dwa pyzate, dobroduszne kotki igrają kłębkiem wełny, całość w kolorze różowym i niebieskim. Tuż pod pocztówką, na stole, kot jeszcze żywy, ale już w agonii, pokrajany na kawałki. Ponura anegdota.

Mól a sprawa polska

Kolos „Geigy” zatrudnia „tylko” kilka tysięcy ludzi - całe działy fabryczne są całkowicie zautomatyzowane, jedynie od czasu do czasu przez pustą halę przejdzie majster, aby sprawdzić zegary kontrolne. Fabryka jest stale w rozbudowie i jej najnowsze budynki wybudowane są z logiką narzuconą przez chemię: surowiec dostarcza się na najwyższe piętro, wędruje on potem coraz niżej, wreszcie na parterze jest gotowym produktem. Na dziedzińcu stosy polskiego węgla, ten sam węgiel wędruje po przeróbce w lśniących tubkach za siedem mórz. Tuż obok czekają statki rzeczne, szwajcarskie koleje własnymi samochodami dowożą wyroby na pobliskie dworce. Ludzi przy tym - jak rzekłem - zatrudnia się niewiele.

Za to moli zatrudnia „Geigy” dwa miliony. „Geigy” produkuje bowiem chemikalia, które, dodane do farb podczas barwienia tkanin, raz na zawsze zabezpieczają wyroby włókiennicze przed żarłocznością moli. „Geigy” nie ma monopolu na tego rodzaju środki; wyrabiają je też i inne firmy. „Może więc wypuszczacie te 2 miliony moli na tkaniny spreparowane przez konkurencję?” - pytam nieśmiało. – „Ależ skąd, jesteśmy przyzwoitą firmą...”

Dla moli „Geigy” stworzył raj, prawie taki, jak go sobie wymarzyła Maria Jasnorzewska-Pawlikowska. Pamiętacie? „Mól oglądał mód żurnale, I podziwia suknie, szale, pomrukując: zobaczymy, co będziemy jeść tej zimy”. W tym molim raju w Bazylei jest i wilgoć, i odpowiednia temperatura, i błogi półmrok - wszystko, o czym może zamarzyć przyzwoity mól. Mole nadchodzą w przesyłkach lotniczych z całego świata („Nie, nie - proszę pana - cła na mole jeszcze nie wprowadzono”) i gdy wypoczną po podróży, dostają smakowite fatałaszki przyprawione do smaku „Mitiną” (duma „Geigy’ego") lub wyrobami konkurencyjnymi. Mole jedzą, ich apetyt obserwowany jest z prawdziwą troską, są stale ważone, dba się o ich rozrywki i uciechy cielesne, aby rozmnażały się dla chwały firmy „Geigy”.

Potem z Bazylei ruszają w szeroki świat handlowcy firmy „Geigy” i proponują klientom nabycie tych preparatów, które zaszkodziły najbardziej zahartowanym żołądkom moli. Trzeba nadmienić, że w USA mole zjadają rocznie tkanin za 200 milionów dolarów, czyli że, dranie, przeżerają rok w rok ponad dwa razy więcej, niż nam ten bogaty kraj raz pożyczył. Na usprawiedliwienie moli trzeba jeszcze dodać, że to były niegdyś przyzwoite owady, zjadające tylko sierść i pióra padłych zwierząt. Dopiero człowiek je zdeprawował, i mole przeniosły się z lasu do szafy, gdzie m.in. zjadły mój najlepszy garnitur. Stąd ta zaciekłość i bezkompromisowość reportera. Wiadomo, porachunki osobiste...

Urodziny w Pfeffingen

W Pfeffingen - pięknie położonym pod Bazyleą gospodarstwie doświadczalnym tej firmy - zjawiłem się w upalny, letni dzień. Weszliśmy do stajni w samo południe. Konie jadły swój obiad. Stały spokojnie przy żłobach, nie machały ogonami, much nie było zupełnie. Skrupulatni Szwajcarzy obliczyli dokładnie, ile energii zaoszczędza koń, gdy go nie gnębią muchy, o ile wydajniej pracuje i w jakim czasie zwróci się wydatek na chemikalia do odkażania stajni.

Trzeba mieć reporterskie szczęście, aby zjawić się we wzorowym gospodarstwie w dzień po urodzinach wzorowej gospodyni: uroczystość już się skończyła - jedzenie zaś jeszcze nie. Pani Huwiler wygląda jak uosobienie szwajcarskiego dobrobytu. Pan Huwiler gospodaruje z ołówkiem w ręku. Rozumiem, że spisał intymne sprawy każdej krowy, rozumiem, że z mgiełką rozkoszy w oku rozprawia o pasjonujących sprawach ingerencji chemii w nowoczesną gospodarkę rolną. Ale gdy nalewał do kryształowych kieliszków kirsch (rodzaj wiśniaku, myślałem zawsze, że to specjalność alzacka, ale okazuje się, że Szwajcarzy też to lubią), to rozmarzony westchnął, że trzeba 77 i pół wiśni na jeden kieliszek! Nie dlatego, aby nam wymawiał - Szwajcarzy są bardzo gościnni - ale tak, dla stwierdzenia faktu. Ja, niestety, nie jestem fachowcem ani w produkcji, ani w konsumpcji alkoholu. Ach, gdybym zabrał ze sobą z Polski kilka tęższych gardziolków - w takim sztabie ekspertów pan Huwiler znalazłby godnych partnerów do dyskusji i ekspertyzy.

A tak obiad skończył się tylko wzrowym kremem oraz wzorowymi serami z wzorowego mleka od wzorowych krów i zabraliśmy się znów do pracy, podziękowawszy wzorowym gospodarzom za wzorową gościnę. Chemia zmieni zupełnie pracę rolnika. W Pfeffingen widać to zupełnie wyraźnie. Są tam drzewa, które biją rekordy w owocowaniu, ścieżki bez chwastów - pielone chemicznie, pszczoły, które chemicy wyzwolili od pasożytów, a zatrudnione przy zapylaniu wyżej wymienionych drzew, drób niemalże tresowany, bo też biorący żywy udział w doświadczeniach chemicznych. Całe to gospodarstwo jest skrupulatnie opisane, zważone, zmierzone i zbadane. We wszystkim widać szwajcarskie zamiłowanie do precyzji i dokładności - to nie jest przypadek, że ich zegarki są najlepsze.
Podobną orgię dokładności widziałem w dziale barwników w fabryce „Geigy’ego”. Każda maszyna ma swój plan - przestój nie może trwać ani minuty. Inaczej się pakuje ten sam towar dla Konga, a inaczej dla Ameryki Łacińskiej, jakkolwiek warunki klimatyczne są zbliżone. Dlaczego więc ciężkie skrzynie dla Leopoldville, a lekkie dla Caracas? Dlatego, że w Kongo płaci się cło za zawartość skrzyni, zaś w Wenezueli - za wagę brutto.

Prywatne życie barwnika

„Geigy” wypuszcza na rynek blisko 3 tysiące produktów, przy czym dział barwników jest najstarszy - cala firma obchodzić będzie w najbliższym czerwcu 200 lat istnienia. Barwniki wyrabiane są w oszałamiającym wyborze. Barwniki do wełny i skóry, tworzyw sztucznych i bawełny, drzewa i jedwabiu. Dla chwiejnych ideologicznie „Geigy” wyrabia sto odcieni samego czerwonego. Gdyby się kiedyś okazało, że Szwajcarzy podmalowują tęczę dla turystów, bo dawne kolory nieco wybladły - to też bym się już specjalnie nie zdziwił.

Każdy barwnik ma swoją teczkę personalną. Opisane tam jest całe jego życie, z kim się zadawał, jak się sprawuje. Przeciętnie w takiej teczce jest od 500 do 1000 donosów podpisanych przez uczonych w laboratorium. Jak znosi światło, a jak mrok, jak mróz i jak upał, czy mu wilgoć szkodzi, czy też suche powietrze? Za to kiedy już ankieta personalna jest w porządku - barwnik działa cuda. Pokazywano mi aluminium przemyślnie pomalowane, byłem przekonany, że to miedź. Pokazywano mi lakiery lśniące do nowych i matowe do starych mebli. Widziałem, jak farbuje się futra. I w ogóle wolałem nie siedzieć za długo w dziale barwników: jeszcze by w zapale farbowania przemalowali mnie na Murzyna czy Japończyka i potem by się nazywało, że to też eksperyment…

„Tina” to nie tango

Zresztą dział barwników najbardziej odpowiada powszechnemu pojęciu o fabryce chemicznej. Całe piętra hałaśliwych maszyn, wielkie kadzie z kolorowymi cieczami, ciężkie wózki transportujące gotowe wyroby, małe laboratoria kontrolne, gdzie w retortach mieni się wymyślny kolor. Nazwy są tu poetyczne - „Tina” to tylko prozaiczny barwnik.

Nie zliczę w kilometrach mej trasy w wielkich laboratoriach czy w fabrykach podczas tych kilku dni pobytu w Bazylei. Wrażenia trzeba uporządkować, podsumować, przetrawić. Wydaje się, że dzieje „Geigy’ego” to dzieje dwustu lat dobrych pomysłów, ciężkiej pracy, wielkich inwestycji i... spokoju. To dzieje półtora wieku pokoju w kraju, który stał się bankierem Europy.

W hotelu „Drachen” w Bazylei można wyłączyć telewizor, można zapomnieć o starym winie i młodych dziewczynach, można pogrążyć się w idealnej ciszy izolowanego wnętrza. Tyle pytań, tyle problemów...

Kraj jest taki mały, a tu jeszcze ćwierć jego terytorium to skały, wieczne śniegi i lodowce. Ani nafty, ani żelaza, ani węgla. Przez stulecia młodzi Szwajcarzy zaciągali się w służbę obcych armii, wojując za innych w całej Europie, przywożąc do domu rany i choroby lub zostając na zawsze na pobojowiskach. Później - epoka wielkiej emigracji. Jeszcze później - rewolucja przemysłowa. Już w 1850 roku milion wrzecion warczało w szwajcarskich fabrykach, ustępując w przemyśle włókienniczym tylko Anglii. Włókiennictwo zrodziło przemysł maszynowy i precyzyjny, przyczyniło się też do rozwoju chemii, bo przecież tkaniny trzeba było farbować. Z biegiem lat ci nowi przybysze prześcignęli włókiennictwo. Eksport tkanin wyrażał się w zeszłym roku cyfrą 820 milionów franków szwajcarskich, eksport maszyn i zegarków — 1800 milionami franków. Chemikaliów sprzedali Szwajcarzy za miliard franków - 90% produkcji idzie na eksport.

100 kwiatów (made in Switzerland)

Szwajcarska chemia - to Bazylea. To dziwne miasto, gdzie tramwaj miejski przejeżdża teren trzech państw - Szwajcarii, Francji i Niemiec, gdzie w wielkim porcie na Renie przeładowuje się rocznie 5 milionów ton, gdzie od stuleci wielkie umysły znajdowały swobodę działania i tworzenia w atmosferze wolności. Erazm, Kalwin, Paracelsus, Holbein - to tylko niektórzy z tej długiej listy. W Bazylei klimat sprzyjał wymianie poglądów, ścierały się stanowiska w twórczych dyskusjach, nauka tworzyła podwaliny wielkiej chemii przemysłowej. A przecież chemia - to badania naukowe, bardzo kosztowne, długotrwałe i nie dające nigdy całkowitej gwarancji szybkiego sukcesu. Każdy nowy produkt to jak gdyby wyścig z przeszkodami. Tylko najlepsze wytrzymają współzawodnictwo. Chemik musi działać ręka w rękę z lekarzami, biologami, zoologami, botanikami, rolnikami; ten przemysł wymaga kosztownych urządzeń, kolosalnych nakładów.

Twierdzenie, że tradycyjny przemysł szwajcarski - precyzyjny i chemiczny - sięga korzeniami w historię tego kraju, byłoby chyba pewną przesadą. Jednak nie da się zaprzeczyć, że właśnie w dziejach Szwajcarii znajdujemy wiele zdrowego rozsądku i realizmu, który niezawodnie sprawił, że z biegiem lat Szwajcarzy znaleźli racjonalne sposoby zarobkowania w swym własnym kraju, pozbawionym surowców i bogactw naturalnych.

Mężczyźni głosują - kobiety gotują

Historia nie jest nudna. Można się było do niej zniechęcić w szkole, gdzie czyny ludzi tonęły w morzu dat, w drzewach genealogicznych dynastii, w patosie wielkich słów. Ale przecież księgi historii są księgami życia i wertując wstecz ich karty, można się bardzo wiele dowiedzieć o mentalności narodów, ich sposobie bycia. I z historią jest trochę tak, jak z podróżowaniem: boczne ścieżki są zazwyczaj ciekawsze od uczęszczanych szlaków.

Już w siódmym wieku naszej ery Alemani - jeden ze szczepów, od których wywodzą się dzisiejsi Szwajcarzy - rządzili się prawami poczętymi zgoła z innego ducha niż te, jakie były choćby u Słowian. Morderca nie był karany śmiercią, ale musiał za zabicie mężczyzny zapłacić równowartość 28 koni. Za zabicie kobiety - podwójna taryfa. Nie dlatego, by uważano kobietę za bardziej wartościową, ale dlatego, że była bezbronna.

Zresztą po dziś dzień sytuacja kobiety w Szwajcarii jest prawnie inna niż w większości pozostałych krajów Europy. Hasło „Mężczyźni głosują - kobiety gotują” jest aktualne po dziś dzień i nie zanosi się na to, aby Szwajcarki uzyskały prawo głosu. Nie chciałbym, aby to, co teraz piszę, było uważane właśnie za pochwałę szwajcarskiej mądrości, jest to dygresja daleka od chemii i nawet od samego aktualnego tematu naszej rozmowy - taka dygresja od dygresji. Ale skoro już zabrnęliśmy w rodowód szwajcarskiej mentalności, to trzeba przypomnieć, że pewnej gwiaździstej nocy 1291 roku trzej prości szwajcarscy chłopi weszli do historii świata. Walter Fuerst z Uri, Werner Stauffacher ze Schwyz i Arnold von Melchtal z Unterwalden spotkali się w miejscu zwanym Ruetli na Jeziorem Lucerneńskim i ślubowali bunt przeciw habsburskim namiestnikom, wspólną walkę o odzyskanie dawnych swobód. Ich przysięga stała się symbolem zmagań wolnych ludzi przeciw przemocy. Ich decyzja dojrzewała przez czas dłuższy, ale - jak wieść niesie - żona Stauffachera (zwana po dziś dzień „Matką Szwajcarskiej Demokracji”) namówiła męża do tego spisku pod wpływem wstrząsającej wieści: dwaj bracia w przystępie wściekłości zamordowali własną siostrę, która została zgwałcona przez habsburskiego namiestnika.

Ale że - jak wspomniałem - Szwajcarzy nie windują swych pań na piedestał, przeto w wydanej w roku 1809 książce pt. Dla Młodocianego Czytelnika znajdujemy następujący komentarz do wydarzeń poprzedzających przysięgę na Ruetli: „Jak z tego wynika, należy zawsze słuchać dobrych rad, n a w e t jeżeli pochodzą od kobiety”.

Wracając do Alemanów i ich praw: w wypadku zabicia człowieka przez psa, grzywnę musiał płacić jego właściciel. Gdyby odmówił, to ci praktyczni ludzie mieli doskonałe sposoby na ściąganie należności - polecam je naszym radżom skarbowym i osobom prywatnym mającym trudności w odzyskaniu pożyczonych pieniędzy. Otóż psa zabijano, a zwłoki przybijano do drzwi wejściowych domu – do wewnętrznej strony. Dom zamykano na tak długo, dopóki właściciel psa nie wyskakiwał ze swego domostwa, gotów do zapłacenia wszystkiego!

Szwajcarzy nie tylko stwarzali oryginalne prawa, ale i przemyślne sposoby na ich omijanie. W XVIII wieku w Zurychu obowiązywały niesłychanie rygorystyczne przepisy. Obywatele musieli stosować się do praw określających dokładnie, ilu gości można zaprosić na chrzciny, na pogrzeb czy wesele, co robić, gdy się natrafi na człowieka, który zamierza się powiesić, czy na takiego, który umiera z wycieńczenia, a także jak się zachować w razie tak zwanej popularnie kolki! Nie wolno było tańczyć, uprawiać hazardu, pić alkoholu, nosić kosztownych szat i biżuterii. Skutki tego - jak pisze dziejopisarka Lucette Brocher - były opłakane, gdyż kobiety piękne stały się przystojnymi, przystojne - brzydkimi, a brzydkie - odrażającymi.

Ponieważ jednak wokół Zurychu są uzdrowiska nie podlegające jurysdykcji miasta, więc mieszczki przynajmniej raz do roku wyjeżdżały tam, aby zabłysnąć. Bardziej przezorne wstawiały nawet odpowiednie zastrzeżenia do umowy ślubnej, aby później mąż nie miał wymówek…

Ordynans i trzy dziwki

Brytyjski poseł Stanian w swym raporcie tak charakteryzuje sytuację w Szwajcarii w XVII wieku: „Przy istniejącym przeludnieniu handel ludźmi był dla Szwajcarii jedynym sposobem przeżycia. Z czterech Żywiołów - najgorszym jest tu Ziemia. Traktuje swych mieszkańców jak zła macocha...”

Ubóstwo kraju bylo wtedy istotnie zatrważające. Bez przemysłu, bez większych połaci ziemi nadającej się pod intensywną uprawę, skazani właściwie na hodowlę bydła - Szwajcarzy owej epoki sprowadzali zboże i sól. Aby jednak zarobić i na to minimum, Szwajcarzy musieli coś eksportować - a mieli w nadmiarze tylko ludzi. Całymi tysiącami werbowano więc żołnierzy do wojsk zaciężnych. Wielkie wojny w Europie rozgrywane były przy pomocy Szwajcarów - ale szwajcarscy chłopi nie radowali się sukcesami orężnymi. Widzieli w kraju odwrotną stronę medalu. Mizerne poletka leżały odłogiem, a kobiety i starcy zbierali z trudem mizerne plony. Bez opieki pozostawały sieroty i wdowy po Szwajcarach poległych na dalekich pobojowiskach. Pytano: „I cóż nam z tego ciągłego wojowania? Czemuż odchodzą mężczyźni w sile wieku, aby bić się o cudzą sprawę?” Ich żołd był zazwyczaj zmarnowany jeszcze przed powrotem do domu i mówiono także, że ponoć każdy z panów oficerów miał u boku „ordynansa i trzy dziwki”, co szwajcarscy chłopi uważali za szczyt rozrzutności.

Młodzież zaciągała się do obcych wojsk w poszukiwaniu przygód w dalekich krajach, w nadziei, że znajdzie ucieczkę od nędzy. Między bitwami na biwakach kwitło pijaństwo i hazard do tego stopnia, że oddawano nawet pod zastaw swe własne wąsy, które uważane były za nieodłączny atrybut człowieka honoru.

Starsi, sterani ludzie tęsknili za rodzinnymi górami i niekiedy popadali w ostrą melancholię, zwaną nawet w owych czasach „szwajcarską chorobą”. Licząc się z tym faktem, zabroniono w wojsku grać melodie ludowe czy śpiewać pieśni z ojczystych stron, ponieważ przypominały one Szwajcarom o ich ojczyźnie i poddawały myśl o dezercji. Francja szczególną wagę przywiązywała do szwajcarskich najemników. Nic przeto dziwnego, że król Francji zwracał się do landmanna i rady kantonu Zug - jednego z najmniejszych w Szwajcarii - w następujących słowach: Najwspanialszy, Wielki, Potężny, Wspaniałomyślny, Pobożny, Poważny, Zacny, Mądry Panie i Wy, moi Szanowni przyjaciele!” A w mieścinie Solothurn rezydował stale ambasador francuski, wydający wystawne przyjęcia mające zaćmić przepychem te, jakie dla władz kantonalnych wydawali akredytowani tam również ambasadorowie Hiszpanii, Sardynii, Neapolu, Holandii i Prus - wszystko w celu zapewnienia dostaw żołnierzy najemnych.

A gdy 35 wysłanników Szwajcarii zjawiło się na dworze Ludwika XIV, to podczas wspaniałego przyjęcia burmistrz Zurychu wygłosił półgodzinne przemówienie. Ponieważ przemawiał po niemiecku, a Król-Słońce nie znał tego języka - przeto był oracją Szwajcara serdecznie znudzony. Pan burmistrz dostrzegł widać reakcję królewską na swe wystąpienie, gdyż wtrącił jedno zdanie po francusku, które król jegomość doskonale zrozumiał: „Pas d’argent, pas de Suisses”, co w wolnym przekładzie na polski znaczy: „Nie ma pieniędzy - nie ma Szwajcarów!” Było to uprzejme przypomnienie, że Francja zalega już od lat w opłatach dla Konfederacji.

Francuzi mawiali zresztą, iż dali już Szwajcarom tyle złota, że można nim było wybrukować szosę z Paryża do Bazylei. Szwajcarzy odpowiadali, że przelali w służbie francuskiej tyle krwi, że mogła ona popłynąć niby rzeka z Bazylei do Paryża... A gdy wybuchła we Francji Wielka Rewolucja 1789 roku, to szwajcarska gwardia królewska została wycięta w pień przez lud Paryża. Historyk Carlyle pisał o losie tych Szwajcarów: „Chwała wam, dzielni ludzie. Ten Ludwik nie był przecież waszym królem, byliście mu tylko sprzedani za sześć pensów dziennie, a jednak zarabialiście na swój żołd, dotrzymaliście danego słowa. A gdy wasza robota miała polegać na umieraniu, to wykonaliście ją...

Byk z Uri

Wygląda na to, że z biegiem lat różne narody porządnieją. Skandynawowie, dziś spokojni i nie wadzący nikomu, byli niegdyś postrachem Europy do tego stopnia, że w codziennych modłach ludność nadmorskich wiosek we Francji wspominała zawsze: „... a od gniewu ludzi z Północy - chroń nas Panie!" Podobnie i Szwajcarzy. Byli groźnym przeciwnikiem, ciężką cenę zapłacili ci, którzy ich nie doceniali.

Karol Burgundzki nazwał ich w gniewie „zbieraniną łobuzów, nicponiów i pastuchów". To rzekłszy ruszył przeciw Szwajcarom. Szli na wyprawę wojenną szlachetnie urodzeni rycerze, ciężko zbrojna piechota, szli dwaj przyrodni bracia monarchy, obdarzeni przydomkami Większego Bękarta i Mniejszego Bękarta, śpieszyli też i handlarze, grupa błaznów oraz dwa tysiące „dziewcząt radosnej miłości” - jak to notuje kronikarz owych czasów.

No i co? No i co? Ano, gdy doszło do bitwy. Szwajcarzy uklękli, aby zgodnie ze swym zwyczajem zmówić pacierze. Żołnierze burgundzcy przypuszczali, że przeciwnik prosi ich tak o łaskę. Wydarzenia szybko wyleczyły ich z tego mniemania.

Zaraz po „amen” - odezwał się słynny „Byk z Uri”, czyli prastare surmy bojowe, które według legendy miały być sporządzone z rogów przedhistorycznego byka. To szli do boju szwajcarscy górale. Zdumiony Karol zawołał: „Na świętego Jerzego, kim są ci ludzie?" Odpowiedź brzmiała: „To, panie, są ci sami, którzy pobili Habsburgów pod Morgarten i Sempach...” Na dalsze rozmówki brakło czasu.

Szwajcarzy zdobyli wtedy niewiarygodnie bogaty łup. Najdroższa broń, haftowane szaty, siodła wysadzane drogimi kamieniami, biżuteria - wszystko to wpadło w ręce chłopów, którzy nigdy, nawet z dala, nie oglądali podobnego przepychu. Przez długie lata po tej klęsce można było jeszcze oglądać w Szwajcarii oraczy w polu kroczących za pługiem w przetykanych złotem szatach burgundzkiego rycerza. W ręce Szwajcarów wpadły klejnoty Karola, który przecież był twórcą szlifierni diamentów we Flandrii, więc miał towar niejako z pierwszej ręki. Jeden z brylantów był takich rozmiarów, że gdy w zamieszaniu bitewnym został wdeptany w pobojowisko, to jego znalazca wziął go za kawałek szkła i sprzedał za jednego florena... W trzy lata potem klejnot ten sprzedano za 20 000 dukatów.

Kłopoty z mirażem

Karol szukał odwetu, ale znalazł tylko śmierć. W następnej bitwie rycerstwo jego znów rzuciło się do ucieczki na widok Szwajcarów. Przytomności umysłu nie postradały natomiast owe „dziewczęta radosnej miłości”, które zwycięzców powitały w czymś, co byłoby prawzorem dzisiejszego kostiumu topless... Jak każda nowość w dziedzinie mody, tak i ta innowacja została przyjęta z dużym zainteresowaniem i już na miejscu doszło do „fraternizacji” burgundzkich dziewcząt ze szwajcarskimi żołnierzami.

Było to dawno temu, ale Szwajcarzy nigdy nie zapominali o obronie kraju. Inna sprawa, że czasy się zmieniły i dziś świst odrzutowca zastąpił donośne trąbienie „Byka z Uri”. W obliczu zmienionej sytuacji Szwajcarzy postanowili zafundować sobie we Francji setkę myśliwców typu „Mirage III”. Sprawunek miał początkowo kosztować 193 miliony dolarów, potem okazało się, że należy jeszcze dopłacić dalsze 134 miliony dolarów. Tu jednak wdała się Izba Niższa parlamentu, odmawiając kredytów i obcinając obstalunek do 57 odrzutowców. Poszło zresztą nie tylko o pieniądze, ale i o to, że szybkość tych maszyn jest taka, iż po kilkunastu zaledwie minutach lotu szwajcarscy lotnicy muszą znaleźć się na terytorium ościennego kraju, co praktycznie uniemożliwia wszelkie ćwiczenia.

O ile dość znany jest u nas szwajcarski wysiłek obronny podczas ubiegłej wojny, to mniej się u nas mówiło o „Planie Wahlena”. Dr Wahlen jest skromnym i uprzejmym człowiekiem, który dziś stoi na czele Departamentu Politycznego, czyli Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Miałem okazję poznać go w Bernie. Na spotkaniu z dziennikarzami zagranicznymi w Bernie dał się poznać jako mówca pełen swady i bezpośredniości.

Otóż podczas wojny rzucił hasło „Mehr anbauen oder hungern”, czyli: „Albo więcej uprawiać, albo głodować”. Szwajcarzy zaorali wtedy trawniki w parkach i wysiedlili ze skrzynek w oknach pelargonie na rzecz marchwi. W krótkim czasie zwiększyli powierzchnię uprawną ze 178 000 ha do 366 000 ha. Co prawda, potem kwiaty wróciły na swoje miejsce, a trawniki zazieleniły się znowu - ale ze zrywu wojennego pozostał nawyk racjonalnej uprawy według zaleceń specjalistów, którzy dobierają starannie nasiona do odpowiedniej gleby. Tak czy inaczej, Szwajcaria może zaledwie trzy piąte swej ludności wyżywić w oparciu o własne rolnictwo.

Ostatnia zapora

W kraju, który żyje z przemysłu, jedynym bogactwem naturalnym jest biały węgiel. Ale i to ma pewne granice. Aby wyrażać się ściślej: Szwajcarzy budują teraz ostatnią zaporę, która jest opłacalna. Wszelkie inne możliwości spiętrzenia wody i zapędzenia jej do pracy zostały już wyczerpane...

Niewyczerpana jest za to szwajcarska pomysłowość. To jest przemysł z tradycjami. Szwajcar był doradcą Piotra Wielkiego, a inny rodak tego doradcy uczył Jerzego Waszyngtona wojennego rzemiosła. Jeden Szwajcar był długie lata dyrektorem Banku Anglii, a Louis Grin z kanton Vaud wybrał karierę wodza jednego z plemion Australii. Szwajcarzy budowali niektóre drapacze chmur w Nowym Jorku, zaś Cetear Ritz, syn szwajcarskiego chłopa, zyskał przydomek „hotelarza królów i króla hotelarzy”.

Czas jest rzemiosłem Szwajcarów" - wołają wielojęzyczne reklamy w różnych stronach świata. Tu znowu doszedł do głosu przypadek. Przypadek był londyńskim kupcem nazwiskiem Peter, który oddał do naprawy zegarek kowalowi szwajcarskiemu nazwiskiem Daniel Jean Richard. Kowal nie miał pojęcia o mechanizmie zegarowym, ale jakoś uruchomił ów czasomierz, a potem, pracując mozolnie przez półtora roku, sam zrekonstruował po kolei wszystkie jego części. Ten pierwszy zegarek szwajcarski powstał w roku 1679, a już w sto lat później wysyłano stamtąd 40 000 zegarków rocznie w szeroki świat.

Potem była szwajcarska chemia i turystyka. I to jaka turystyka! Kelner z restauracji na Jungfraujoch zwierzył się nam podając obiad, że nasza mała grupka znalazła się już w piątym tysiącu gości, którym owego dnia daje jeść... Muszę jeszcze dodać, że był to dzień powszedni i że schronisko, gdzie jedliśmy obiad, leży na wysokości 3454 m, a dojeżdża się do niego wygodnie kolejką górską...

W tej restauracji, gdzie jest tak wysoko i tak tłumnie, skala posiłków jest bardzo rozpięta. Od herbaty podanej do kanapek przywiezionych przez turystę w paczce aż po wystawny obiad na eleganckiej zastawie. Ta różnorodność jest cechą szwajcarskiego przemysłu turystycznego, który nie nastawia się wyłącznie na bogaczy. Dyskretnie zachwalane są przysmaki szwajcarskiej kuchni, jak na przykład narodowa potrawa „fondue”, której podstawowym surowcem jest ser. Opowiadana mi, że w romańskiej części kraju dodaje się alkohol do niektórych zup i że pewien Anglik, powąchawszy dyskretnie swój talerz z zupą, wstał i zawołał: „Panowie, za zdrowie królowej!” Po czym zanurzył łyżkę w smakowitej treści owego talerza...

Zaciekawiony tym daniem, daremnie szukałem owej zupy. Wydaje się, że anegdota ta zalicza się do skarbca legend o Szwajcarii, zmyślanych przez zawistnych sąsiadów z Francuzami na czele. Trudno tu wymienić wszystkie złośliwości opowiadane na tematy szwajcarskie po drugiej stronie granicy. Niektóre trafiły nawet do wydawnictw najbardziej czcigodnych. Encyklopedia Larousse XX wieku wyjaśnia swym czytelnikom, że „myśleć o Szwajcarii” znaczy „myśleć o niczym”.

Przerażony pieniądz

Wiele legend kursuje na temat szwajcarskich banków. I to nie od wczoraj! Już sam Voltaire powiedział, że gdy w Genewie bankier skacze przez okno, to można bez wahania pójść w jego ślady, gdyż na pewno na tym skoku można dobrze zarobić...

Jeżeli bankowość jest też typowo szwajcarskim „przemysłem”, to rzec należy, że specjalizuje się on w operowaniu „przerażonym pieniądzem”, jak się potocznie określa fundusze niezbyt dobrze czujące się w krajach macierzystych, nie zawsze zresztą uciułane w sposób legalny czy moralny. Dyktator kubański Batista miał sobie odłożyć na czarną godzinę 12 milionów franków szwajcarskich, dyktator Argentyny Peron - aż 70 milionów franków. Czombe miał mieć ostatnio pewne trudności ze zdeponowaniem w Szwajcarii 25 milionów franków, trudno ustalić, czy wreszcie dogadał się na ten temat, czy też nie.

Rzecz w tym, że rząd szwajcarski wprowadził ostatnio bardzo poważne ograniczenia, mające zapobiec inflacji. Są one istotne dla gospodarki kraju, gdzie na pięć milionów mieszkańców jest 518 banków. Tak jak w Bazylei mieści się największa apteka świata, czyli nie spotykana nigdzie indziej koncentracja wielkiego przemysłu chemicznego, tak w Genewie, w rejonie placu Bel Air, doszło do bez wątpienia największej na świecie koncentracji potęgi finansowej. Ta twierdza kapitału jest świetnie strzeżona, podobno jedno naciśnięcie guzika starczy, aby wody Rodanu zalały podziemne skarbce wielkich banków genewskich.

Podobno... Otóż największą osobliwością banków szwajcarskich jest właśnie to, że wie się o nich bardzo niewiele. Od 1934 roku Szwajcaria jest jedynym chyba krajem świata, gdzie tajemnica wkładów bankowych nie jest sprawą dyskrecji tego czy innego przedsiębiorstwa, ale jest chroniona prawem. Za ujawnienie tajemnicy wkładów grozi w Szwajcarii kara 20 000 franków grzywny i pół roku więzienia. A wiadomo, że atrakcją dla „przerażonego pieniądza” są właśnie konta bankowe, które zastrzeżone są specjalnymi szyframi. Właściciel konta oświadcza więc, że jego pieniądze można wydać każdemu, kto zgłosi się do banku okazując - powiedzmy - numer 17 tygodnika Świat z 1922 roku, przy czym prawy dolny róg trzeciej strony musi być oderwany... I to wszystko! Nie podaje się nazwiska ani adresu, nie trzeba się niczym legitymować.

Inna sprawa, że prowadzi to czasem do poważnych komplikacji. Zamordowany w 1934 roku w Marsylii jugosłowiański król Aleksander nie wtajemniczył nikogo z rodziny w szyfr swych depozytów bankowych. Śmierć przyszła po niego nagle i teraz jego syn Piotr daremnie zabiega o dostęp do królewskiej fortuny. Podaje więc różne cyfry z archiwów rodzinnych, daty urodzin lub daty bitew z dziejów Serbii, ale bankowcy wzruszają tylko ramionami... Prywatnie twierdzą nawet, że cała ta. fortuna może być tylko urojeniem, ale te domysły nie zmieniają stanu rzeczy: nie znasz szyfru, nie dostaniesz pieniędzy...

Opierając się na tej zasadzie. Szwajcarzy odmówili po wojnie ujawnienia kont hitlerowskich dygnitarzy, którzy nie mając zbytniego zaufania do trwałości Tysiącletniej Rzeszy - ciułali w szwajcarskich bankach. Ostatecznie banki te przekazały Sprzymierzonym łącznie 100 milionów franków tytułem zadośćuczynienia - ale bez podawania stanu poszczególnych kont!

Rozruchów nie będzie

Szwajcaria jest małym krajem wielkich gazet. Mam wrażenie, że przeciętny Szwajcar znacznie bardziej interesuje się wydarzeniami poza granicami swej ojczyzny niż tymi, które się dzieją na jego podwórku. Perypetie plemienia Baluba zdają się znacznie bardziej zajmować opinię szwajcarską niż fakt, że co trzecie stanowisko pracy w Szwajcarii obsadzone jest przez cudzoziemca. Tak samo wyczyny separatystów szwajcarskich wywołują dyskretne ziewanie u czytelników gazet.

Wydaje się, że cały ten problem separatyzmu powstał z nie zaspokojonych ambicji. Szwajcarzy na pewno wstydzą się skrycie, że od stuleci zachowują się rozsądnie, nie wadzą nikomu i że na nikogo nie napadli. Wstydzą się, że nie dali nikomu pretekstu do wciągnięcia w krwawą zawieruchę ich samych i reszty Europy. Tytułem osobistej satysfakcji zafundowali więc sobie własny ruch separatystyczny. Otóż w największym kantonie - berneńskim - mówi się niemieckim dialektem, odmianą słynnego Schwitzerdutschu. Na terenie tym mieszka jednak mała grupa ludności posługująca się językiem francuskim. Oni to właśnie chcą oderwać się od kantonu berneńskiego, aby stworzyć odrębny, pod nazwą Jura. Wygłaszane są więc przemówienia, rzuca się pogróżki, trafiające przeważnie do niedzielnych gazet, zapowiada, że jeżeli Jura nie do- stanie niepodległości, to ho, ho...

Każdy kraj ma takie rozruchy, na jakie zasługuje. Moim skromnym zdaniem ojcem tego separatyzmu jest Dobrobyt, a matką - Nuda. Nie należy więc się liczyć z rozlewem krwi w walce o Jurę. W Bernie też nie zauważyłem na ten temat szczególnego zaniepokojenia. Wydaje się, że ojcowie kantonu berneńskiego posługują się tajną bronią w walce z separatyzmem zwolenników Jury. Dyskretnie podsuwają im suche liczby, mające bezspornie obrazować wysokie koszty wszelkiej samodzielnej gospodarki kantonu. A więc ile kosztuje odrębna służba zdrowia, ile policja, a ile trzeba łożyć na szkolnictwo...

Każdy, kto zna Szwajcarów - zda sobie sprawę, że liczby te działają studzące na buntowników, którzy w sobotnie popołudnia występują przeciw urojonej tyranii. Szwajcarzy bowiem słyną z jakości swych zegarków, swych leków oraz swego rozsądku.

Trzeba o tym pamiętać. Albowiem - jak pisze Van Loon w swej Historii ludzkości - „dzieje świata są relacją o człowieku zabiegającym o swój chleb powszedni i masło”.

Powrót do spisu treści