Lucjan Wolanowski
SmodCMS

Podróż, czyli pragnienie. O reportażach Lucjana Wolanowskiego

Prawdziwi podróżnicy to ci tylko, którzy wyruszają, aby wyruszyć
Charles Baudelaire: Podróż

1.

Pierwsze dziennikarskie wędrówki Lucjana Wolanowskiego po Europie, w latach pięćdziesiątych ubiegłego stulecia, nie zapowiadały jeszcze rozwoju późniejszej kariery podróżniczej pisarza - odbytych kilkakrotnie wypraw dookoła świata, w tym zwłaszcza powrotów do krajów Dalekiego Wschodu, Australii i Oceanii. W reportażach publikowanych później przez ponad trzydzieści lat, najpierw w tygodniku „Świat”, a następnie w „Dookoła świata”, „Przekroju” i kilku innych czasopismach, Wolanowski pokazywał swym czytelnikom za żelazną kurtyną wielki świat: nie tylko niedostępne zwykłym śmiertelnikom rejony globu, ale i zwyczaje ludzi – to wszystko, co podpatrzone okiem przybysza wprawia go w stan zdziwienia, zaciekawienia, powoduje pragnienie poznania. Podróż była dla Wolanowskiego nie tylko wyprawą, ale i przeżyciem, wtajemniczeniem, rozpoznaniem siebie na nowo w zetknięciu z odmiennością obcych kultur. To właśnie uderza przede wszystkim podczas lektury większości jego książek.

Jednym z pierwszych wspomnień pisarza, związanych z motywem podróży, jest przedwojenna lektura specjalnego numeru „Wiadomości Literackich”, poświęconego Japonii. Oto „Super Express Asia”, uruchomiony w tym czasie przez Japończyków w Mandżurii (co dla znawców ówczesnej historii tego rejonu nie jest zapewne zagadką), staje się symbolem dziecięcego marzenia - chęci przeżycia wielkiej przygody. Miarowe: „Pojechać - zobaczyć, pojechać – zobaczyć” staje się nie tylko rytmem wybijanym kołami pociągu znanego z dawnego czasopisma, ale i celem późniejszej życiowej drogi. Po latach, gdy reporterska wędrówka Wolanowskiego przebiega już nie tylko w prawdziwych japońskich ekspresach kolejowych, ale i podniebnych odrzutowcach pod każdą szerokością geograficzną - mógłby przysiąc, że wciąż słyszy ów pierwszy rytm, wystukiwany mocą wyobraźni, nakaz, który na zawsze wyznaczył smak i zapach jego podróży. Poszukiwanie, pragnienie ujrzenia czegoś nieznanego, czego nie sposób wyrzucić z umysłu, jest jednocześnie źródłem niepokoju, nieustannym przypominaniem o podstawowym zadaniu człowieka - istoty myślącej: potrzebie ciągłego zdobywania wiedzy i zaspokajania ciekawości. Przy tym właściwy dla pisarstwa Wolanowskiego staje się dystans wobec siebie i świata, jakiś rodzaj autoironii, w który niepostrzeżenie wplata się nostalgia, poczucie ulotności, przemijalności chwili, może też świadomość, że jest się świadkiem jedynie drobnego fragmentu historii:

Gdy z Przylądka Kennedy'ego miałem wracać do Europy, droga wiodła przez Nową Anglię. Czekając na wielkim lotnisku na samolot do Bostonu, ulokowałem się wygodnie przed tablicą świetlną, jedną z tych, na których zapala się migające czerwone światełko, kiedy nadchodzi pora odlotu tego czy innego odrzutowca. Sączyłem kawę z automatu, przeglądałem gazety, ale czujnie śledziłem duże litery BOŚ i numer mego lotu, aby nie przegapić połączenia. Kiedy czas mijał, a lampka przy BOŚ była nadal mroczna, wstałem i starym sposobem zasięgnąłem informacji w oszklonej budce na środku poczekalni. „Samolot do Bostonu? O, to właśnie ten!” - powiedziała bardzo uprzejma panienka w szkarłatnym mundurku, wskazując wypielęgnowanym paluszkiem na znikający na horyzoncie odrzutowiec. Tablica świetlna, w którą wpatrywałem się tak uporczywie - nie była jeszcze podłączona do sieci...

Mijają lata i „Super Express Asia" nie pojawia się już w mych marzeniach. Coraz częściej natomiast niepokoję się, że może patrzę na niewłaściwą tablicę, że może jakiś samolot odlatuje właśnie beze mnie1.

2.

W wielu reportażach Wolanowski powołuje się na klasyków podróżopisarstwa, ich relacje i sprawozdania z wypraw, publikowane w ciągu dwóch ostatnich stuleci. Swoista, spleciona epokami konfraternia tych samych pragnień i losów wyznacza wspólnotę przeżyć, podobny sposób myślenia. Z kolei najlepsze reportaże to nie tylko obrazy codzienności, ale też świadectwo tego wszystkiego, co z danej epoki warto zapamiętać, niezależnie od tego, czy istnieje nadal, czy ustąpiło miejsca nowym wydarzeniom. Wolanowski wie o tym doskonale. Opis spraw bieżących przeplata refleksjami dotyczącymi historii miejsca czy wydarzeń. Powołuje się na tych, którzy byli tam przed nim. To ważne, bowiem pokora i pamięć o dokonaniach poprzedników staje się w tym zawodzie, zwłaszcza obecnie, umiejętnością ze wszech miar cenną.

Przywołując francuskiego pisarza Claude’a Roya, Wolanowski uznaje zasadę, że „matką podróży jest ciekawość”, będąca równocześnie podstawą świadomego życia. Najważniejsze i najpiękniejsze są „podróże, które odbywa się trzy razy. Raz, kiedy się o nich marzy, potem - gdy się wędruje, wreszcie, gdy się je wspomina”2.

Istotne dla pisarza stają się wątki poboczne opisywanych tematów, niejednokrotnie ważniejsze niż główny problem. Dygresje, przeplatane historycznymi wątkami świadczącymi o wiedzy, nawet jeśli dotyczą pozornie błahych szczegółów życia codziennego, stają się równoważnym świadectwem, ocalającym w pamięci widza i czytelnika obraz państw oraz ludów zamieszkujących dalekie krainy, w którym teraźniejszość miesza się z przeszłością. Sprawy mało znane, odnalezione po latach w zszywkach starych, pożółkłych gazet z zeszłego stulecia, opowieści, pamiętające jeszcze czasy pierwszych odkryć, to nieprzebrane źródła, w których wprawna ręka pisarza odnajduje klucz do codzienności i spraw bieżących. Wolanowskiego, jak sam mówi, interesują „bardziej boczne ścieżki, niż szerokie gościńce”3. To także wskazówka badawcza, istotna dla zrozumienia jego pisarstwa. Ważne jest to, co pozostaje w cieniu wielkich wydarzeń, a jednocześnie jest potwierdzeniem ich istoty. Przykładowo, pisząc o Azji, wspomina, że „nie jest ciągle jeszcze znawcą tych stron, raczej ciekawym wędrowcem”4. Nie stara się przy tym podążać tam, gdzie inni. Pragnienie odbycia podróży jest dla niego tak indywidualne, jak pierwotna staje się potrzeba wytyczenia własnej, niepowtarzalnej drogi. Unika więc zachowania większości turystów, podążających śladem przewodnika, przesiadujących w klimatyzowanych hotelach Raffles, Hilton czy Intercontinental, dla których to jedynie „przyjęcie do wiadomości” tego, czego nie próbują nawet dotknąć, poczuć - a co jest niezbędne dla właściwego przeżycia  p o d r ó ż o w a n i a.

Co składa się jeszcze na wrażliwość badacza-wędrowca, jak powstają później reportaże? Oddajmy głos pisarzowi:

Nie wystarczy być świadkiem dramatu, trzeba jeszcze wygrać walkę ze wskazówkami zegara, umieć opowiedzieć to w kilka chwil. Muszę sam wzruszyć się tematem, aby przekazać go innym. Muszę przełamać lęk przed białą kartką papieru. Nikogo nie obchodzi, że miałem za sobą kilka zarwanych nocy, kiedy siadałem do maszyny, że mam osobiste kłopoty czy zmęczył mnie wilgotny upał tropików. Płyną minuty, zbliża się pora oddania maszynopisu i nic się na to nie poradzi. Z zamętu doznań zanotowanych głębokim rylcem na taśmie wrażliwości i pamięci wyłaniają się pojedyncze słowa, powiedzonka, żarty, postaci epizodyczne, krajobraz, zapiski z historii, wspomnienia. Niczym natrętna melodia, raz po raz wracająca do świadomości, pojawia się smutny uśmiech trędowatych, napięcie sprawy wielokrotnego mordercy, zgiełk miasta na Dalekim Wschodzie, gdzie dniem i nocą tłum ludzi przelewa się ulicami5.

3.

Pierwszym tomem reportaży zagranicznych6 Lucjana Wolanowskiego jest książka pt. Dokąd oczy poniosą..., wydana dwukrotnie - w 1958 i 1959 roku przez Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej. Teksty, drukowane wcześniej w tygodniku „Świat”, zawierają opisy podróży po krajach europejskich: Norwegii, Szwecji, Islandii, Szwajcarii, Austrii, Francji i Holandii. Jedna z pierwszych książek reportażowych, dotycząca podróży za żelazną kurtynę, poza kraje demokracji ludowej, ukazująca się po przełomie Października 1956, wprowadza czytelnika w świat pełen nowości, o którym pisanie jeszcze lalka lat wcześniej byłoby w Polsce niemożliwe. I choć dzisiaj przedstawione tam opowieści mogą się wydać czymś zupełnie naturalnym, niewzbudzającym przesadnej uwagi, wówczas, w czasie rozkwitającego dopiero polskiego reportażu powojennego, stały się istotnym i ciekawym świadectwem wydarzeń, w umiejętny sposób połączonych z historią i doświadczeniem bohaterów mieszkających w różnych zakątkach Europy - ludzi o różnych losach/ w mniej lub bardziej znaczący sposób wpływających na rozwój krajów tej części świata.

W jednym z reportaży o Norwegii Wolanowski zaznacza między innymi:

Postaram się [...] zajrzeć do raczej trudno dla cudzoziemca dostępnego wnętrza norweskiego domu, postaram się powiedzieć, jakie są zwyczaje towarzyskie i jak przedstawiają się różne sprawy, o których nie wspominają ani szkolne podręczniki, ani przewodniki turystyczne. Proszę mnie jednak nie uważać za jakiś autorytet w sprawach Skandynawii. Są to raczej uwagi człowieka, który na Północy odnalazł różnych dawnych przyjaciół, mieszkał u nich i skrzętnie notował ich uwagi. Popełnił też mnóstwo gaf, na które mu po przyjacielsku zwrócono uwagę, i pragnie ustrzec Czytelników przed ich powtórzeniem. I zaznaczam, że po odejściu od reportażu żadne reklamacje uwzględniane nie będą!7

Pisarz stawia się tu, jak już pisano wcześniej, w roli bystrego i rzetelnego obserwatora, stroniącego jednak od sądów głoszonych ex cathedra; jego podróż jest wtajemniczeniem, które postępuje stopniowo, przeczucie jest jedynie sygnałem czegoś, co odsłania się w wyniku bezpośredniego poznania, zobaczenia, dotknięcia, choć nie zawsze udaje się to od razu. Dotyczy to zwłaszcza historii zwyczajów Norwegów, Islandczyków, Francuzów czy Holendrów, ale też pokazania, w jaki sposób widoczne są one na co dzień. Wyprawa z islandzką flotą rybacką jest jedynie pretekstem do zakorzenionej w historycznych ciekawostkach opowieści o dziejach tej, wciąż mało znanej, wyspy na Atlantyku. Z kolei opis holenderskiej Bredy jest nie tylko świadectwem powojennego rozkwitu, ale i refleksją nad niedawną historią, gdy losy miasteczka leżały w ręku polskich żołnierzy dowodzonych przez gen. Stanisława Maczka.

Podróż w każdy, bliski czy najdalszy, zakątek jest dla podróżnika z dalekiej krainy początkiem zdziwienia, nawet przy obserwacjach codziennych, zgoła błahych historii. Cóż bowiem może oznaczać, że w „najtłuściejszym mieście świata” dzieci rodzą się przeważnie w lutym? Tyle właśnie, że norweskie Sandefiord, nazwane tak z powodu stacjonowania tam sześciu z dziewięciu ówczesnych flot wielorybniczych (z tłuszczu wytapianego tam jednego wieloryba można było uzyskać w tym czasie ćwierć miliona kawałków mydła) - „odradza się” do życia corocznie w maju, gdy po wielu miesiącach mężczyźni powracają do domu z wyczerpującego połowu...8 Z kolei dlaczego znikająca na 12 dni z domu, pani Sol Willman Hansen w swym tygodniu roboczym ma dwa wtorki, ale ani jednej niedzieli? Otóż, jako stewardesa rozwijającego się wówczas masowego lotnictwa pasażerskiego na trasie Oslo-Anchorage-Tokio, przekracza za każdym razem dwukrotnie międzynarodową granicę czasu i przelatuje nad biegunem północnym...

Zmysł obserwacyjny Wolanowskiego podróżnika dostrzegają krytycy. Jeden z nich zauważa na łamach „Nowej Kultury”:

Podróże Wolanowskiego cechuje reporterskie tempo. Nigdzie nie zagrzewa długo miejsca, nie ma czasu na rozgadane wywiady, tam gdzie potrzeba, potrafi się udokumentować w książkach i prasie. [...] Ukazuje nam wszystko, co sam spostrzegł, na co zwrócił uwagę, nie wdając się w oceny i sądy. A jednak po zamknięciu książki zdajemy sobie sprawę, że nie tylko zaspokoiliśmy naszą ciekawość dla egzotyki świata i przedsiębiorczości człowieka. Musimy jeszcze stawiać sobie dodatkowo pytania porządkujące ten bogaty materiał, szukać odpowiedzi, które pozwoliłyby nam zaufać przyszłości, zaufać jutru - bez lęku o utratę tego wszystkiego, co w pięknym dorobku naszej cywilizacji spotyka na swej drodze pospieszny reporter9.

W innej recenzji czytamy:

Wolanowski posiada nie tylko dar opowiadania, nie tylko potrafi zainteresować czytelnika i przykuć jego uwagę, ale także daje wiedzę o świecie, podbudowuje swoje reportaże faktami, realiami. Książka uczy rzeczy mało na ogół znanych, albo zupełnie nieznanych, daje wiele wiadomości geograficznych, obyczajowych, gospodarczych - zabarwionych żywą anegdotą i humorem. [...] Tak się składa, że [...] nie pisze w tym zbiorze reportaży o narodach wielkich, a wielkie linie lotnicze niosą go do krajów niewielkich10.

Ów „dar opowiadania”, jak się zdaje, leży u podstaw tego, co wcześniej pchnęło pisarza na szlak reporterskiej wędrówki.

4.

Okresem szczytowej popularności pisarskiej Wolanowskiego były lata sześćdziesiąte ubiegłego stulecia. W tym czasie odbył on najważniejsze podróże i ukazały się jego najbardziej znane książki. Wśród nich znalazły się: Zwierciadło bogini. Reporter w kraju tranzystorów i gejsz (wydanie I - w 1961 roku), Klejnot Korony. Reporter w Hongkongu w godzinie zarazy (1963), Księżyc nad Tahiti... Reporter na wyspach Mórz Południowych (1963), Dalej niż daleko. Reporter na Nowej Zelandii, Nowej Gwinei, w Malazji i Kambodży o dolach i niedolach, radościach i smutkach lądów i ludów oglądanych dalej niż daleko (1964; właściwie - 1965), Poczta do Nigdy-Nigdy. Reporter w kraju koala i białego człowieka (wydanie I - w 1968 roku) i wreszcie Upał i gorączka. Reporter wędruje szlakiem cierpienia (1970; właściwie - 1969).

Podróże Wolanowskiego objęły w tym czasie kilkanaście krajów na całym, świecie, zwłaszcza rejony Dalekiego Wschodu, Oceanii i wreszcie Australii, której pozostał wierny, jako człowiek i reporter, w kolejnych latach.

W sierpniu 1961 roku, podczas podróży dookoła świata, trafił do Hongkongu, gdzie wybuchła epidemia cholery i zdecydował się zrewidować swój plan wędrówki, zatrzymać w mieście ogarniętym zarazą, świecie „plątaniny zaułków, ślepych uliczek, zatłoczonych kioskami i sklepikami” - tej do niedawna brytyjskiej kolonii koronnej, gdzie w dotychczasowy porządek jednostajnie mijających dni wkrada się piekło i szaleństwo. W naturalnie dostrzegalne ryzyko decyzji pisarza wpisane jest jednak coś jeszcze: ciekawość tego, co wymyka się schematom, przeczucie sytuacji, której nie opiszą dokładnie żadne podręczniki, to wszystko, dzięki czemu poznaje się lepiej naturę i właściwości człowieka - sprawdzian w momencie próby, w godzinie zagrożenia. Coś, co na pierwszy rzut oka jest odstraszające, dla pisarza staje się przyciągające, potrzeba poznania Wolanowskiego-dziennikarza jest tu silniejsza niż rozsądek Wolanowskiego-człowieka. Dzięki wydanej dwa lata później książce11, poświęconej temu wydarzeniu, pisarz staje się znany poza Polską (choć nie była ona od razu tłumaczona na obce języki) i kilka lat później otrzymuje propozycję współpracy z Wydziałem Informacji Światowej Organizacji Zdrowia WHO w Genewie, czego plonem jest z kolei reportaż pt. Upał i gorączka – opis walki z chorobami tropikalnymi w różnych rejonach świata. Te dwie różne książki spinające klamrą dekadę największych dokonań pisarskich Wolanowskiego łączy jedno: pokazanie człowieka w najbardziej ekstremalnych sytuacjach, bliskość śmierci, podróż „do źródeł cierpienia”, znajdujących się tysiące lalo metrów od Europy, a równocześnie tylko o kilka godzin lotu odrzutowcem. Epidemia, nieuleczalne choroby, związana z tym nieuchronność śmierci są tu  z a l e d w i e  pretekstem do rozważań nad naturą człowieka, a jednocześnie w szczególny sposób podkreślają wytrzymałość i warunki, którym podlega każdy, kto w jakikolwiek sposób  z e c h c e  z takim tematem się zmierzyć. To także wyznacznik reporterskiego pragnienia poznawczego, którym kieruje się Wolanowski.

Bywają sytuacje, określone losem zbiorowości, w których człowiek XX wieku zachowuje się dokładnie tak sarno, jak jego daleki przodek sprzed trzech, a kto wie czy nie nawet dziesięciu stuleci12

- zauważa recenzent, zestawiając w 1963 roku w tygodniku „Świat” książkę Wolanowskiego z Dziennikiem roku zarazy Daniela Defoe i dodając od razu:

W książce Wolanowskiego temat epidemii przewija się jako nić przewodnia poprzez szeroko rozbudowane sceny z życia Hongkongu. Oczywiście nie idzie nam tylko o panoramę wizualną znakomicie zresztą ukazaną przez reportera; ciężar gatunkowy nadaje bowiem tekstowi pasja drążenia faktów aż do ich korzeni, każdy sugestywny opis czy zgęszczenie barw służy wydobyciu prawdziwej s u b s t a n c j i tego miasta, które z uwagi na swe położenie i osobliwą rolę skupia w sobie niby w powiększającej wielokrotnie soczewce wszystkie znaki szczególne Dalekiego Wschodu13.

5.

Efektem fascynacji Wolanowskiego Australią jest lalka książek. Przede wszystkim wydana w 1968 roku Poczta do Nigdy-Nigdy. Reporter w kraju koala i białego człowieka (w następnych latach cztery wznowienia, wydanie V w 1990 roku, z datą 1989). Następnie powstały jeszcze: Min-Min. Mała opowieść o wielkim lądzie (1977), Ląd, który przestał być plotką (1983), Ani diabeł ani głębina. Dzieje odkryć Australii opowiedziane ludziom, którym się bardzo spieszy (1987), czy wreszcie nieopublikowana dotychczas Nieznana Australia: rzeczywistość przekracza fantazję, nad którą pisarz pracował w ostatnich latach życia.

Skąd wzięło się zainteresowanie pisarza wielkim „kontynentem w dole globusa”?

Jestem głęboko przekonany, że współczesny nam świat jest zbyt skomplikowany, by znać się na wszystkim. Wybrałem więc Australię. Właściwie od czasów Seweryna Korzelińskiego nie było oryginalnego polskiego reportażu z dołu globusa, a Korzeliński był tam przeszło 150 lat temu. To teraz inny kraj, inni ludzie, inne obyczaje...14

Dla wielbicieli jego twórczości reportaże australijskie potwierdzają właściwości warsztatu i umiejętności reporterskich pisarza. Znany pisarz i felietonista Stanisław Zieliński pisze w 1968 roku na łamach warszawskiej „Kultury”:

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że Wolanowski spędził w Australii połowę życia. Wszędzie był, wszystko widział, opisał najciekawsze i charakterystyczne drobiazgi, nie pomijając ani historii, ani spraw generalnych. Czy Australia Wolanowskiego [...] jest Australią prawdziwą? [...] [Książka - M.K.] sprawia wrażenie pisanej „z wewnątrz”, a nie opartej tylko na obserwacjach powierzchownych lub zaczerpniętych z obcojęzycznego przewodnika. Kiedy Wolanowski pisze, że sprawdzał umiejętności tropiciela śladów, że chował się w dziupli samotnej gruszy, to wierzę bez zastrzeżeń. Wolanowski nie powtarza przetartych anegdot, ma ambicję tworzenia własnych15.

W swej wędrówce obieżyświata reporter powołuje się często na duchowe pokrewieństwo z czeskim reporterem, klasykiem światowego reportażu - Egonem Erwinem Kischem (1885-1948), nazywanym „szalejącym reporterem". Podobieństwa dotyczące obu twórców dostrzegają też inni, czasem nawet z żartobliwym dystansem:

Wolanowski należy do wielbicieli, jak pisze, talentu E. E. Kischa. Trzeba jednak stwierdzić, że uczeń przeszedł mistrza. Wolanowski jest lepszy. Dlaczego? Trzeba wierzyć na słowo, tak jak książce. [...] Bo któż pojedzie tylko po to, żeby przeliczyć 175 milionów owiec i 19 milionów sztuk bydła? Wolanowski zalicza się do reporterów „z adresami”. Wie, czego należy szukać, którędy i przez kogo16.

Podobne głosy dominują w ocenie innej książki pisarza poświęconej Australii, kolejnej „podróży autora z czytelnikiem" na „kontynent w dole globusa”:

Książka Ląd, który przestał być plotką należy niewątpliwie do najciekawszych i jednocześnie najbarwniejszych opowieści podróżniczych ostatnich lat. Może zresztą kryterium relacji z podróży jest nieodpowiednie, bowiem Lucjan Wolanowski wymyka się wszelkim klasyfikacjom. Jest to więc przede wszystkim opowieść o Australii, napisana z równym zaangażowaniem człowieka, który był i widział, co z pracowitością zbieracza historycznych szczegółów, rejestratora legend i dystansem dziennikarza, dla którego fakty społeczne układają się w sensowny ciąg mający przyczynę i epilog17.

Sam pisarz wspominał niejednokrotnie, że jego podróże do Australii nie oznaczają wszechstronnej wiedzy. Po latach w australijskim piśmie polonijnym „Tygodnik Polski” wyznawał:

Nie twierdzę, że znam Australię. Ale chyba mam prawo twierdzić, że  w i d z i a ł e m  Australię. To istotna różnica. Ba, może nawet oglądałem to, czego przeciętny Australijczyk nigdy nie zobaczy. Kto ruszy w rejs statkiem obsługującym latarnie morskie na Morzu Koralowym? Kto, idąc o zakład, „zagubi” się na pustyni i zostanie „odnaleziony” przez czarnego tropiciela śladów? Komu się będzie chciało lecieć na daleką wyspę Norfolk, aby tam rozmawiać z potomkami buntowników z „Bounty”? Kto rozwoził pocztę świąteczną w Krainie Nigdy-Nigdy i latał z Latającym Doktorem? Inna sprawa, że widziałem też i Australię która odeszła: odbyłem rejs na statku wielorybniczym z Albany; jak wiadomo, wielorybnictwo jest już zakazane18.

Świadectwa wydarzeń, które już nigdy nie powrócą, utrwalanie tego, co na zawsze odeszło w przeszłość - to niezbywalne cechy tego pisarstwa, które w rytuale podróży potrafiło między innymi dostrzec i zachować pamięć o niedawnej jeszcze historii.

6.

Jak zbliżyć się do odpowiedzi na pytanie, co stoi za nieustanną potrzebą kolejnych pokoleń - wyruszania w podróż? Mówi o tym Wolanowski we wstępie do książki Walizka z przygodami:

Od czasu gdy istota ludzka stanęła na dwóch nogach, byli zawsze tacy, których codzienność gnała przed siebie. Chcieli więc Codzienność zmienić na Niewiadomą. Iluż z nich zginęło, nim jeszcze zdążyli bliźnim przekazać swe spostrzeżenia?19

Czy tylko ucieczka przed codziennością? Może coś jeszcze?

Nie miałem życia łatwego, ale za to - było ciekawe. Oglądałem jeszcze ostatnie kolonie, dotarłem na najdalszy Daleki Wschód. Widziałem ludne miasta i osady w głębi dżungli Borneo czy Nowej Gwinei. Byłem między ludami tkwiącymi w epoce kamiennej i tymi, które kroczą już w XXI wiek. Przeciskałem się przez asfaltową dżunglę wielkich metropolii i dotarłem na wyspy, o których zapomniał Czas20.

Podróż, czyli spięcie klamrą tego, co dawniej, z tym, co teraz i po nas. Próba nazwania „nienazwanego”, odkrycie tajemnicy, także w samym sobie. Pisarz wie, że osobiste doświadczenie jest swoistą gwarancją wiarygodności opisu, bo poprzez jego własne przeżycia jeszcze bardziej utożsamia się z reportażem jego czytelnik. To także jedna z cech gatunkowych dobrego reportażu:

Staram się, aby tam, gdzie to jest możliwe - używać pierwszej osoby. Ja widziałem, ja słyszałem, czy też - opowiadano mi. Ojcem tych opowieści jest Pomysł, zaś matką - Ciekawość. Wspólnym mianownikiem - Przygoda. Oto opowieści z tysiąca i jednej zarwanej nocy, z dziesiątków tysięcy kilometrów wędrówek, kilkunastu kilometrów taśmy magnetofonowej i dziesiątków notatników. I jeszcze tego, co jest niewymierne: własne odczucia i przeżycia. Może więc mam rację, może jej nie mam, ale tak widziałem pewne sprawy i tak też je zapamiętałem21.

Dla zrozumienia głównej bodaj zasady, jaką kierował się Wolanowski jako podróżnik, spróbujmy odczytać jego słowa, otwierające książkę Poczta do Nigdy-Nigdy:

Są tacy, którzy twierdzą, że świat jest wszędzie taki sam. Że ludzie noszą takie same ubrania, siedzą za takimi samymi biurkami i słuchają takich samych melodii, oglądają te same filmy i programy telewizyjne. Ale to jest tylko pozorna prawda. [...] W Japonii nauczyłem się jednej z mądrości tego narodu: „Lepiej raz zobaczyć, niż tysiąc razy usłyszeć”. Innymi słowy, żadna lektura nie zastąpi tego, co się ogląda22.

W czasach globalizacji, Internetu czy - niekoniecznie schodząc na poziom myślenia o podróży - tematycznych kanałów podróżniczych, wszechobecnych w telewizyjnych sieciach kablowych na całym świecie, wreszcie nieograniczonych możliwości przemieszczania się w dowolne miejsce na świecie, rola pisanego reportażu podróżniczego zdaje się blednąć, zwłaszcza gdy (nie licząc naturalnie korespondencji wojennych, tradycyjnie pożądanych przez wydawców prasy i książek) możemy porównać styl, sposób i poziom pisania niektórych aktywnych dziś reporterów-podróżników. Ich książki czy reportaże prasowe nie mają, niestety, poza nielicznymi wyjątkami, wiele wspólnego z relacjami ukazującymi się w poprzednich dziesięcioleciach. Tym bardziej cenne stają się zatem świadectwa wędrówek odbywanych w czasach, gdy sama  c z y n n o ś ć   p o d r ó ż o w a n i a  stanowiła odrębną jakość, zbliżając się niemalże do rytualnego obrzędu, bywającego wyjściem nie tylko poza horyzont geograficzny, ale i mentalny - będącego możliwością przekazania czytelnikowi własnego, indywidualnego spojrzenia na świat (z czego, co widać z perspektywy czasu, umieli również skorzystać jedynie nieliczni). Spojrzeniem potrafiącym ów świat potraktować z badawczą pokorą czy literackim dystansem, mając jednocześnie za każdym razem na uwadze rzecz nadrzędną - poszukiwanie prawdy o sobie i innych (wiedział i pisał o tym Rabelais, wiedział i pisał Swift).

Sam Wolanowski przed ponad czterdziestu laty zauważał przytomnie w swoich zapiskach:

Jeżeli żyć będę do późnej starości, nie będzie dla mnie zrozumienia. Wieczorami będę samotnie słuchać nagrań staroświeckiego rock and rolla. Może tylko wnuki wyrozumiale odnosić się będą do wspomnień dziadunia, który niegdyś obleciał świat ze ślamazarną szybkością tysiąca kilometrów na godzinę, czyli - wstyd nawet powiedzieć - wolniej niż dźwięk23.

W 2009 roku nadal nie podróżujemy z szybkością ponaddźwiękową na długie dystanse, choć może się czasem zdawać, że pośpiech i łapczywość w zdobywaniu czy posiadaniu informacji (a więc także podróżowania) zbliża się w swym tempie do sensu futurologicznej przepowiedni sprzed lat. Wyjeżdżamy daleko, ale i potrafimy powrócić do miejsca, które jest nam najbliższe. Może więc, paradoksalnie, obawy pisarza, dla którego wyprawy nieodłącznie wiązały się z zadumą i pragnieniem poznania, były przedwczesne?

MARIUSZ KUBIK

PRZYPISY:

1) L. Wolanowski: Gwiazda dla sternika. W: Idem: Westchnienie za Lapu-Lapu. Warszawa 1973, s. 15.
2) Ibidem, s. 13.
3) L. Wolanowski: Moje usługi dla ludności. W: I d e m: Z zapartym tchem. Warszawa 1969, s. 16.
4) L. Wolanowski: Westchnienie za..., s. 14.
5) L. Wolanowski: Moje usługi..., s. 16-17.
6) Nie licząc niewielkiego zbiorku tekstów dotyczących Czechosłowacji pt. Na południe od Babiej Góry, wydanego w 1954 roku.
7) L. Wolanowski: Wybrałem wieloryba. W Idem: Dokąd oczy poniosą... Warszawa 1958, s. 148-149.
8) Por. L. Wolanowski: Historia współczesna jednego narodu, opowiedziana ludziom, którym się bardzo spieszy. W: Idem: Dokąd oczy poniosą..., s. 127.
9) J. Gembicki: „Dokąd oczy poniosą...” „Nowa Kultura” 1959, nr8.
10) stg.: Obejrzyj, posłuchaj, przeczytaj. „Żołnierz Wolności” 1959, nr 17.
11) L. Wolanowski: Klejnot Korony. Reporter w Hongkongu w godzinie zarazy. Warszawa 1963. Całość książki dostępna także na stronie internetowej pisarza: http://www.lucjanwolanowski.com
12) z.a.: W cieniu żółtej flagi. „Świat” 1963, nr 8.
13) Ibidem.
14) E. Stępkowska: Z dołu globusa. „Kurier Polski” 1985.
15) S. Zieliński: Koneser bumerangów. „Kultura” 1968, nr 34.
16) Ibidem.
17) M. Butrym: Książki. „Razem”, 8.05.1983.
18) L. Wolanowski: Moje spotkania z Australią. „Tygodnik Polski. Pismo Polaków w Australii i Nowej Zelandii” 1991, nr 50-52.
19) L. Wolanowski: Lądy i ludy czyli walizka z przygodami. W: Idem: Walizka z przygodami. Reporter tu, reporter tam. Warszawa 1977, s. 5.
20) Ibidem.
21) Ibidem, s. 6.
22) L. Wolanowski: Wyruszam do Australii, nie opłakujcie mnie! W. Idem: Poczta do Nigdy-Nigdy. Reporter w kraju koala i białego człowieka. Warszawa 1968, s. 11.
23) L. Wolanowski: Zamiast przedmowy czyli zagubiona sobota. W: Idem: Księżyc nad Tahiti... Reporter na wyspach Mórz Południowych. Warszawa 1963, s. 15.

*   *   *

Mariusz Kubik

A journey or desire. On reportages by Lucjan Wolanowski

Summary: The article discusses the journalist-literary output of Lucjan Wolanowski from the perspective of his research sensitivity. Reporter’s curiosity and passion of traveling of the author of over 20 books - reports from his journeys contributed to hundreds of reportages from Europe, Asia and Australia, published for several dozen years in such weekły magazines as “Świat” from Warsaw, “Przekrój” from Kraków and other periodicals in Poland and abroad. A style of writing typical of Wolanowski consists in, among other things, the presentation of the history of distant countries by means of an everyday lite of their inhabitants connected with numerous digressions and humour, but also a reliable source preparation concerning the regions of the world described by him.

Eine Reise das heißt ein Wunsch von Lucjan Wolanowskis Reportagen

Zusammenfassung: Im vorliegenden Artikel wird die journalistisch-literarische Tatigkeit von Lucjan Wolanowski unter dem Gesichtspunkt dessen Forscherempfindlichkeit betrachtet. Der Erfolg der Reporterneugierde und Reiseleidenschaft des Autors von liber zwanzig Büchern - Reiseberichten sind ein paar hunderte Reportagen aus Europa, Asien und Australien, welche einige Jahrzehnte hindurch im Warschauer Wochenblatt „Świat“, im Krakauer Wochenblatt „Przekrój“ und in anderen polnischen und ausiandischen Zeitschriften veröffentlicht wurden. Es war fur Wolanowski kennzeichnend, dass er die Geschichte der von ihm besuchten fernen Länder unter dem Gesichtspunkt des Alltags von dereń Einwohnern darzustellen suchte. Seine Berichte sind digressions- und humorvoll und zeugen davon, dass sich der Autor in dem, die beschriebenen Weltgebiete betreffenden Quellen-material gut auskannte.

*   *   *

Tekst jest fragmentem książki pt.: Wokół reportażu podróżniczego. Tom 3. Lucjan Wolanowski (1920-2006). Studia - szkice - materiały, Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego, Katowice 2009,  seria: "Prace naukowe Uniwersytetu Śląskiego nr 2683", ISBN 978-83-226-1802-8, ISSN 0208-6336 

Powrót do spisu treści