Lucjan Wolanowski
SmodCMS

Pamięć (krótki załącznik do długiej przyjaźni)

Dla A. N.

Był ukrytym i dyskretnym narratorem swoich książek. Czytając je, rozpoznając ich język, perspektywę, grę skojarzeń, umiejętne połączenie faktów i komentarza, ma się pewność, że są napisane właśnie przez niego.

Wyznaczał sobie, w pracy i w życiu, wielkie cele. Miał równocześnie - co rzadkie - dystans do siebie i świata. A był prawie wszędzie i widział mnóstwo. Część z tego opisał, ale część zachował na zawsze w pamięci. Pamięć, również ta z czasów wojny, powracała do niego często, coraz częściej, zwłaszcza ostatnio.

Ze swoich wędrówek, dalekich i bliskich, przywoził wiedzę o wielkich i słabych stronach człowieka. Nie interesowała go egzotyka, ale to właśnie, co pozwoliłoby naturę ludzką lepiej pojąć. Ostatnią, codzienną i najbardziej konsekwentną podróż wyznaczała trasa z Mokotowa do Śródmieścia, do domu chorej starszej siostry, której nie chciał (i myślę, że nie planował) zostawić samej. Wiem, że była to dla niego jedna z podróży najważniejszych.

.

Warszawa, na Odolańskiej - 6 kwietnia 2003 r.

.

To, jakim był człowiekiem, wiedzą ci wszyscy, których obdarzał swą wyjątkową przyjaźnią. Jego przyjaźnie pozostawały trwałe, bez względu na czas i odległość. Był w nich oddany i to w sposób dyskretny. Te z czasów Rabki, późniejsze - z wypraw w najdalsze zakątki świata, pracy dla WHO, również i te najnowsze. W każdej z nich łączył szczególny rodzaj elegancji z wyrozumiałością, tolerancją dla ludzkich ułomności, dystansu, zwłaszcza do spraw, na które i tak nie można mieć wpływu. Tolerancja nie oznaczała każdorazowej akceptacji. W ocenie osób i zdarzeń bywał pesymistą i czasem dawał temu wyraz. Ale własne potknięcia i pomyłki weryfikował w pierwszej kolejności.

W jego kontaktach z ludźmi nie było wyższości "wiedzącego więcej" - jego rozległa wiedza brała się właśnie z ciekawości dużych i małych spraw, z których składa się historia każdego z nas. Czytając jego list, czy rozmawiając z nim miało się, jak nigdy, poczucie szczególnej uwagi, on sam był wyjątkowym rzecznikiem spraw cudzych, rzadziej własnych. Potrafił słuchać, a w każdej historii zobaczyć i odnaleźć  t e m a t.

Był ciekaw młodego dziennikarstwa, miał jednocześnie świadomość, jak zmieniły się reguły tego zawodu. Czytając, jednym celnym spojrzeniem, czy trafną uwagą oceniał i puentował to, na co innym potrzeba byłoby wieków paplaniny. Jego przemyślenia i uwagi były bezcenne i zawsze merytoryczne, co wiem, bo był też pierwszym czytelnikiem większości moich tekstów.

Przez ostatnie lata redagowaliśmy publikacje, odpowiadaliśmy na listy, porządkowaliśmy papiery. Każdy artykuł opierał się na książkach i materiałach źródłowych. Większości z nich do tej pory, jak sądzę, nie można znaleźć w żadnej polskiej bibliotece.

.

.

Codzienna porcja lektur, z zaprzyjaźnionego kiosku na rogu Odolańskiej i Puławskiej, kupowany sumiennie "Der Spiegel", drobiazgowo czytany i odkładany dla przyjaciela – lekarza Rogera Schoenberga, współświadka Jego ostatnich chwil. Książki: te dawne i nowe, przywożone w walizkach z całego świata, niemal bez wyjątku bezcenne dla znawców tematu, ale też z którymi łatwo potrafił się rozstawać. Wie o tym wiele znających go osób. Myślę, że był to z jego strony wyraz wyjątkowej wdzięczności. Ile z tej wdzięczności, i jak, umieli mu okazać ci, którzy mogli się cieszyć jego przyjaźnią?...

"Im więcej szczegółów, tym mniej czytelników", zwykł mawiać za Josephem Kesselem, wielkim francuskim dziennikarzem. Dziś ogarniamy pamięcią, łapczywie, ich bezmiar, myśląc, jak dobrym człowiekiem i dobrym reporterem był on sam.

MARIUSZ KUBIK

Warszawa, 26 lutego 2006 r.

Powrót do strony głównej

.

.