Lucjan Wolanowski
SmodCMS

Ci, którzy poszli do nieba

Widziałem, jak owego upalnego jesiennego dnia w Waszyngtonie policjantów było chyba więcej niż widzów, kiedy Gordon Cooper i Charles Conrad junior jechali przez Constitution Avenue. Zaś w Białym Domu byli podejmowani akurat przez dziesięć minut i uwaga zebranych skupiła się raczej na czterech synach Coopera, którzy buszowali między telefonami i papierami na biurku prezydenta Johnsona, kiedy ich ojciec i towarzysz jego kosmicznej podróży odbierali wysokie odznaczenia.

Bohaterowie kosmosu musieli cierpliwie czekać na galerii dyplomatycznej senatu Stanów Zjednoczonych, nim skończy się głosowanie nad ustawą rolną i dane im będzie przemawianie do senatorów. Każdy z kosmonautów dostał na pamiątkę po jednej fladze z tych, które powiewały nad Kapitelem podczas ich ośmiodniowego lotu. Potem, w Akademii Nauk, kosmonauci dyskutowali problemy łupieżu w przestrzeni kosmicznej i opowiadali, z jakim zdziwieniem dostrzegli meteor pod, a nie nad ich pojazdem kosmicznym. Pokazywali też kolorowe zdjęcia tak ostre, że można było na nich dojrzeć drogę przelotową dla samochodów w śródmieściu El Paso oraz rowy nawadniające o szerokości zaledwie dwóch metrów w Imperial Valley w Kalifornii czy poszczególne ulice i zaułki w Aleksandrii w Egipcie.

Jak biją serca?

Bywalcy stolicy byli zdania, że w powitaniu załogi Gemini 5 nie było już tego przepychu i uroczystego ceremoniału, jakiego przestrzegano przy powitaniu w Waszyngtonie uczestników poprzednich lotów kosmicznych. Kto wie, może to wszystko jakoś spowszedniało? Może ludzie zaczęli uważać loty kosmiczne za coś oczywistego? Może po prostu każda nowość przestaje w naszym zblazowanym świecie być nowością? A przecież obaj kosmonauci dokonali wspaniałego wyczynu.

Ludzkość dopiero zaczęła pisać księgę podbojów kosmosu. Wiele tam jeszcze białych kartek. Na jednej z tych już zapisanych notatka dla potomności będzie pewnie wspominać lot pojazdu kosmicznego Gemini 5 (od 21 do 29 sierpnia 1965 roku) jako najdłuższy z dotąd wykonanych. Kosmonauci Gordon Cooper i Charles (zwany Pete) Conrad Junior oblecieli ziemię 120 razy w 7 dni 22 godziny i 59 minut. Był to drugi lot kosmiczny Coopera. Już pierwszego dnia lot był zagrożony defektem technicznym, ale wzorowa współpraca personelu naziemnego i załogi pojazdu kosmicznego doprowadziła lot do końca. Wskutek
przekazania mózgowi elektronowemu na pokładzie Gemini 5 wadliwej informacji, kabina pojazdu wodowała na oceanie o 161 km od okrętu, który miał przeprowadzić akcję wydobycia załogi. Z powodu trudności technicznych zaniechano planowanej uprzednio próby spotkania kosmicznego.

Być może, że poza tą zwięzłą notatką wspominać się także będzie bardziej barwne szczegóły. A więc może księga podbojów kosmosu przypomni, jak z ośrodka kosmicznego w Houston nadawano dla kosmonautów specjalny program „Muzyka do Szybowania” i jak w eter poszły melodie Nigdy w niedzielę, Oklahoma i Tiger Rag i jak kosmonauci przekazali wiadomość „Bardzo nam się to podoba”. I jak Cooper i Conrad tak byli zafascynowani oglądanymi widokami, że nie chcieli spać przy świetle dziennym, aby niczego nie przegapić. Zapytani, dlaczego nie przestrzegają zaleconych przez lekarzy godzin snu, odpowiedzieli gniewnie: „A kiedy mamy spać, jeśli walicie na nas tyle roboty!” I jak Gemini 5 widziano gołym okiem nad Zachodnią Australią, a pani Jane Conrad powiedziała, że „to jest zabawne, kiedy ogląda się własnego męża szybującego niczym gwiazda...” I jak Conrad widząc co trzy kwadranse wschód i zachód słońca, nastawił zegarek na czas obowiązujący w Houston w Teksasie, gdzie mieszka jego rodzina, i jak po locie już powiedział, ile się nazłościł, że jego synowie łażą po dachu - wbrew wyraźnemu zakazowi. I jak Cooper zachwycał się jeziorem w Tybecie, którego brzegi otoczone są lodowcami. I jak sobie podśpiewywali razem, układając nowe słowa 'do starych melodii i jak nawet chcieli przekazać ten duet na Ziemię, ale zrezygnowali w obawie przed niezadowoleniem wysokich czynników w Waszyngtonie…

Wspominać się pewnie kiedyś będzie, jak dwaj ludzie spędzili osiem dni w pomieszczeniu wielkości kabiny telefonicznej, wykonywali obserwacje naukowe i wskazane manewry i jak potem w dobrej formie wrócili na Ziemię. I jak pułkownik Cooper naprawił podczas lotu celownik kamery, chociaż mutry i śrubki fruwały wokół niego w stanie nieważkości, i jak bardzo żałował, że nie ma przy sobie najzwyklejszego magnesu za 10 centów...

Może wspomni się kiedyś, że załodze helikoptera, który wiózł ich po wyłowieniu z morza, kosmonauci powiedzieli, iż najpierw powinno się im było dostarczyć środka odwadniającego. I oglądać się będzie filmy przedstawiające powitanie kosmonautów, zmęczonych i nie ogolonych, na pokładzie lotniskowca Lake Champlain, na którym Cooper sam zresztą kiedyś służył. Zachowana będzie urzędowa notatka o tym, jak zaraz potem, kiedy po ośmiu dniach lotu poczuli grunt pod nogami - kosmonauci wylegitymowali się wobec przedstawiciela Międzynarodowego Związku Aeronautycznego banknotami dolarowymi, które mieli przy sobie, a których numery zostały przed startem zanotowane dla urzędowego zatwierdzenia rekordu.

I że między wieloma cennymi zdobyczami naukowymi uzyskano jeszcze jedną wskazującą na to, że człowiek może lecieć na Księżyc, kiedy okazało się, że serce dostosowało się do nieważkości. Puls kosmonautów, który przy starcie Gemini 5 wynosił 150 uderzeń na minutę, czyli był ponad dwukrotnie szybszy niż normalny, powrócił do normy już po dniu lotu, a pod jego koniec notowano tylko 30 do 40 uderzeń na minutę. I że dyrektor lotu kosmicznego Christopher Kraft „zarobił” 3 dolary, ponieważ podczas startu Gemini zachował najwięcej spokoju (puls 105) z całego sztabu kierowniczego. Co prawda cień na to zwycięstwo rzuca niedopuszczenie do konkursu naczelnego lekarza, dr. Berry’ego, który miał w owych chwilach napięcia pula zaledwie 85, a więc niemal że normalny...

Droga do Melbourne

Moja opowieść tu właśnie schodzi z kosmosu na ziemię. I na niej już chyba pozostanie. W reportażu zawsze bardziej mnie interesowały boczne ścieżki niż szerokie gościńce. Nie chciałbym więc opowiadać tu o tym, co cały świat śledził z zapartym tchem. Bardziej pasjonowali mnie ci, którzy byli na ziemi. Jak biło ich serce przed startem? Byłem najpierw na Przylądku Kennedy'ego, potem poleciałem do Houston w Teksasie, skąd kierowano lotem Gemini 5.

Moja przygoda zaczęła się właściwie w Santa Fe w stanie Nowy Meksyk, mieście wyprażonym w słońcu, gdzie ciemnoskórzy chłopi z okolicznych wiosek zapadają w drzemkę pod ścianami domów. Tam to właśnie w mej wędrówce poprzez Stany Zjednoczone osiągnął mnie pewnego ranka telefon z Waszyngtonu. Dowiedziałem się, że mam prawo wstępu na Wschodni Poligon Doświadczalny Sił Powietrznych na Przylądku Kennedy'ego na okres prób z Gemini 5. Oczywiście muszę tam być jeszcze tegoż dnia wieczorem, wszystko wskazuje na to, że Gemini 5 nazajutrz o świcie opuści naszą planetę. Bardzo wcześnie rano należy się więc zgłosić do kwatery prasowej w Cocoa Beach. Najbliższym cywilnym portem lotniczym jest Melbourne na Florydzie. „Żadnych pytań nie ma? No to szczęśliwej drogi i do widzenia!”

Spojrzałem najpierw na mapę, a potem na zegarek i znów na mapę... Miałem już za sobą całą noc jazdy autobusem i ekspresem The Chief z Arizony, ale teraz droga nad Atlantyk była bardzo, bardzo daleka... Była już dziewiąta rano, a ja nie miałem żadnych rezerwacji lotniczych. Tak jak dobry wojak Szwejk uważał, że wszystkie drogi prowadzą do Czeskich Budziejowic, i ja miałem nadzieję, że wszystkie szlaki lotnicze jakoś mnie zaprowadzą do Melbourne na Florydzie.

Najbliższy samolot odlatywał do Albuquerque. Nie było czasu na zastanawianie się, pojechałem na lotnisko. Miejsce znalazło się. W Albuquerque trzeba było ustalić trasę.

Linie lotnicze posługują się mózgami elektronowymi. Wkłada się zapytanie o miejsce na żądanym szlaku do urządzenia podłączonego do aparatu w centralnym ośrodku rezerwacji. Mózg elektronowy, który „pamięta” miejsca zarezerwowane na przelot w danym dniu, słucha najpierw pytania, które dla niewtajemniczonych wygląda jak kartonik ze zbiorem dziurkowanych kropek i kresek. Odpowiedź nadchodzi po kilku sekundach. Jeżeli jest odmowa, to znaczy, że miejsc już nie ma, a jeśli pasażer jednak chce się dostać do celu, to mózg po kilku chwilach wskazuje mu trasę okrężną, na której można by jeszcze uzyskać miejsca.

Czekałem więc pokornie na wynik. Zapytany przez Albuquergue mózg elektronowy w centrali TWA w dalekim Kansas City aż zazgrzytał z oburzenia, że tak późno można domagać się miejsca na tak bardzo uczęszczanym szlaku. Potem udobruchał się jednak i przekazał kilka cennych rad na temat mego lotu. Wystawiono mi więc bilet i rzemiennym dyszlem leciałem poprzez Oklahomę i Kansas, czyli w kierunku północnym, aby potem znów zawrócić na południe i przez Missisipi dostać się do Luizjany. Przesiadałem się po drodze siedem razy. Przeszedłem skrócony kurs historii lotnictwa pasażerskiego, od czcigodnych maszyn z silnikami tłokowymi poprzez turbośmigłowce aż po najszybsze odrzutowce. A kiedy wreszcie pod skrzydłami samolotu zostały światła Nowego Orleanu, z głośników zaś pokładowych padła nazwa „Melbourne, Floryda” - to nadzieja usiadła koło mnie, na sąsiednim fotelu...

W Melbourne znalazłem się na chwilę przed północą. O miejsce w hotelu było łatwo, o tej porze roku nie ma zbyt wielu chętnych do wyprawy na Florydę. Wilgotny upał odstrasza turystów, do sezonu jeszcze daleko. Była to druga zarwana noc. Wstałem o czwartej, taksówką pojechałem kilkanaście mil do Cocoa Beach.

Panowie z prasy

Kwatera prasowa mieści się na parterze hotelu. Jadalnia, którą w sezonie turystycznym wypełniają pewnie urlopowicze, teraz poprzecinana jest grubymi kablami dalekopisów, które niezmordowanie wypluwają białe taśmy papieru.

Publiczność wakacyjną zastąpili lotnicy różnych szarż i specjalizacji. Pod ścianami rozsiedli się funkcjonariusze z ochrony bazy, żandarmi lotnictwa w białych szalikach na spoconych karkach parzą sobie kawę w kącie sali. Stoły zasłane są zawiadomieniami o konferencjach prasowych. To wielkie koncerny i małe firmy, zajmujące się dostawami w związku z lotami kosmicznymi, chcą sobie uzupełnić portfel zamówień od konsumentów nie latających co prawda w kosmos, ale za to stojących mocno obiema nogami na ziemi. 20 000 przedsiębiorstw dużych i małych zaangażowanych jest w programie lotów i badań kosmicznych, na który w tym roku USA wydadzą znacznie ponad pięć miliardów dolarów.

Westinghouse opowiada o swych urządzeniach radarowych dla Gemini 5, ale mimochodem wspomina o innych swych produktach, bardziej dostępnych dla nabywcy. Szwedzka firma Hasselblad nadmienia, że aparat jej produkcji (soczewki wymienne 80 i 250 mm), który zabiorą ze sobą kosmonauci - jest do nabycia w każdym szanującym się magazynie przyborów fotograficznych. Zapraszają na konferencje producenci skondensowanej żywności i baterii elektrycznych, odzieży wielowarstwowej i spadochronów.

Wielka linia lotnicza z błyskawiczną orientacją wykupiła za bezcen bagienne tereny wokół poligonu jeszcze wtedy, kiedy nie mieszkał tam nikt poza wężami. Teraz nie zachwala jeszcze rezerwacji na loty kosmiczne, ale informuje panów z prasy, że na miejscu w hotelu mają do dyspozycji biuro sprzedaży biletów, czynne 24 godziny na dobę. Na terenie samego poligonu jest też do dyspozycji dobrze zaopatrzony przez tę linię kiosk, gdzie na stojąco można zjeść szybko i tanio. Firma spedycyjna chwali się, że dowozi wielkie detale rakiet z drugiego końca Stanów. Ma poważne doświadczenie w transporcie, może więc z czystym sumieniem polecić swe usługi w przeprowadzkach - „naprzeciwko lub na koniec świata”.

Wyścig na Księżyc łączy się z wyścigiem reklamy. Odbiorców nie brak. Kiedyś były tu tereny bagienne, kilka wiosek rybackich wegetowało z trudem, na suchym lądzie utrzymywano się z sadów pomarańczowych. Poligon miał być w Kalifornii, aby jednak nie niepokoić Meksyku - ulokowano go tu. N.A.S.A., czyli instytucja państwowa kierująca amerykańskimi badaniami kosmicznymi, zaprzęgła do pracy naukowców ze 180 uniwersytetów, 400 000 ludzi pracuje na jej zlecenie. Na Przylądku Kennedy’ego zatrudnia się 14 000 cywilów, nie licząc personelu sił zbrojnych. Osusza się bagna, aby pomieścić wyrzutnie rakietowe.

A przecież na poligonie są tylko tereny ćwiczebne. Sztab mieści się w Houston w Teksasie. Miasto to już na Ziemi korzysta z kosmicznej koniunktury, urosło do rzędu szóstego miasta Stanów Zjednoczonych. Widziałem osiedla powstałe na pustkowiu, gdzie mieszkają ludzie zatrudnieni w wielkim gmachu bez okien, skąd kieruje się lotami kosmicznymi.

Autobusem do wyrzutni

Panowie z prasy są przeważnie starą gwardią. To weterani wielu programów kosmicznych. Są między nimi tacy, którzy mają solidne wykształcenie techniczne. Na konferencjach prasowych nie dali się zbyć ogólnikami, ich pytania mogły zapędzić w kozi róg wielu fachowców. Wielu zwracało się po imieniu do członków sztabu projektu Gemini 5 - wyglądało na to, że przeszli nie tylko kolejną numerację „Bliźniąt”, ale i inne programy lotów, począwszy od roku 1950, kiedy to wystrzelono rakietę WAC Corporal. Towarzystwo niemal wyłącznie męskie, jest zaledwie kilka pań, które potem opisywały wzruszenia, przeważnie własne. O ile w amerykańskich redakcjach jest mnóstwo młodzieży, to tu przeważały siwe głowy. Ja byłem za juniorka, czekałem tylko, kiedy ktoś pośle mnie po papierosy, ale do tego nie doszło. Amerykański system noszenia przepustek z nazwiskiem i nazwą redakcji ma ten plus, że wiadomo od razu, z kim ma się do czynienia. Było tam sporo znanych firm dziennikarskich, całymi latami pracujących nad zdobyciem sławy.

Zjawiają się i gospodarze terenu. „Dzień dobry, chłopcy, jak się spało?” - powiada barczysty oficer gładko wygolony, o rumianej cerze. Odpowiada mu ziewające mruknięcie, to nie jest pytanie na szóstą rano. Przystępuje do urzędowania. W teczce z dokumentami odnajduje depeszę w mej sprawie i ciska ją na sąsiednie biurko, gdzie ulokowała się komórka ochrony bazy lotniczej. Zostaje wystawiona stała przepustka numer 402 na GT-5 (Gemini - Titan) upoważniająca do wstępu do Wschodniego Poligonu Doświadczalnego Sił Powietrznych na Przylądu Kennedy’ego oraz do Ośrodka w Houston. Zostaję pouczony, że przepustka ma służyć mym celom zawodowym i że posługiwanie się nią w innych celach, bądź odstąpienie, jest karalne z paragrafu 499, 506 oraz 701 prawa federalnego.

Nie lubię być straszony, i to do tego na czczo, ale z zainteresowaniem oglądam, jak żółty kartonik, na którym wydrukowano tekst przepustki, zostaje wtopiony w plastyk i sprasowany. Teraz nie można już nic tu przerobić ani poprawić. Można i trzeba natomiast nosić to na ubraniu. Istotnie, później bez przerwy krążyły posterunki, które kontrolowały obecnych na poligonie. Ci, którzy trzymali przepustkę w kieszeni, słyszeli z reguły krótkie kazanie na temat poszanowania prawa i szczytnej roli, jaka w tym zakresie przypadła panom z prasy.

Popielaty autobus Sił Powietrznych zajechał, aby zabrać nas pod wyrzutnię numer 19. Szybko jechaliśmy szeroką drogą. Na grobli wiodącej przez bagna - zapory. Ochrona bazy wchodzi do autobusu. Sprawdzają przepustki przytwierdzone do koszul. Koszule skwar tropikalnego poranka przykleił do spoconych ciał. Dowódca patrolu wychodząc klepie kierowcę po plecach: „Okey, Joe, jedź dalej...”

Cywil na poligonie

Jadąc przez poligon, mijamy po prawej stronie wyrzutnie rakiet Polaris Delta, Blue Scout, Minuteman, Centaur, Mariner i Mercury. Pomalowane na jaskrawoczerwony kolor wysokie wieże z betonowymi podjazdami. Wokoło pusto, dziś nic się tu nie dzieje. Z lewej zostawiamy Banana River i wysiadamy na niewielkim placyku zastawionym kamerami telewizyjnymi, ciężkim sprzętem fotograficznym i filmowym.

Po drugiej stronie Banana River powstają nowe wielkie budynki. Jeden, pomalowany na oliwkowy kolor, jest już chyba na ukończeniu. Jak małe żuczki pełzają wokół 36-piętrowego giganta wielkie ciężarówki z budulcem. We wnętrzu gmachu można będzie montować cztery rakiety naraz, kubatura wielkiej piramidy Cheopsa jest nieco mniejsza... Wstawia się tu największe wrota świata. „Oczywiście nie porównując z Rosjanami" - powiadają rzeczowo gospodarze.

Nad Przylądkiem Kennedy’ego zawisła bowiem nie tylko słonawa mgiełka, ale i gorzka zawiść. Wydaje mi się, że najwyższe amerykańskie odznaczenia za zasługi dla realizacji programu kosmicznego powinni dostać ci naukowcy, którzy wprowadzili na orbitę w roku 1957... Sputnika. Amerykanie łożą już teraz miliardy dolarów rocznie na swój program badań kosmicznych, mobilizują ogromne siły do wyścigu. W przedbiegach przez wiele lat nie byli pierwsi u mety. Patrzą w niebo, liczą pojazdy kosmiczne z załogą i bez załogi, sekundy, minuty i godziny. Ogarnięci są obsesją, iż dadzą się ubiec. Bardziej trzeźwe, a coraz głośniejsze są wypowiedzi tych, którzy uważają, że aspekt wyścigowy nie pasuje do tego całego przedsięwzięcia, o którym ludzkość marzyła od niepamiętnych czasów. Spotkałem i takich na Przylądku Kennedy'ego, którzy mówili o zespoleniu sił ludzkości w podbojach kosmosu. Czekali na pomyślne dotarcie   c z ł o w i e k a   na inne planety, nie pasjonowały ich rozważania, czy będzie nim Amerykanin, czy Rosjanin.

Miejsce w pierwszym rzędzie

Jest już zupełnie widno, kiedy zabieramy się do roboty. Kilka budynków zajmuje telewizja. Na Wschodnim Poligonie Doświadczalnym Sił Powietrznych - konkurujące ze sobą na co dzień wielkie przedsiębiorstwa telewizyjne zawiesiły na kołku oręż bitwy o telewidza. Musiały połączyć swe środki. Operatorzy w stalowych hełmach ochronnych, którzy z betonowych schronów przekażą Ameryce start Gemini 5, są pracownikami różnych przedsiębiorstw. Tego dnia jednak pracują razem, owoce ich działania będą przekazane wszystkim telewidzom bez względu na kanał, na jaki akurat nastawili swe odbiorniki. Chodzi zarówno o szczupłość miejsca, jakim dysponuje się koło wyrzutni, jak i o równomierne rozłożenie kosztów. Trzy miliony dolarów wydala telewizja na obsługę lotu Gemini 5, takiego wydatku nie wytrzyma w pojedynkę nawet najbogatsze przedsiębiorstwo. Telewidzowie mieli pół dnia bez reklam - czegóż można chcieć jeszcze?

Konkurencja zaczynała się zaraz za bramą Wschodniego Poligonu. Kiedy jedno przedsiębiorstwo przekazywało swym telewidzom reportaże o Wielkim Czekaniu rodzin kosmonautów, to rywale odnaleźli na Przylądku Kennedy’ego pana O.E. Tibbsa, który opowiedział, jak osobiście oglądał kosmonautę Gordona Coopera, kiedy ów miał zaledwie sześć lat i buszował wokół lotniska w Oklahomie, „zarażając się lataniem...” Rywale odbili piłeczkę, przekazując w eter rozważania najstarszej pociechy Conrada. Dziesięcioletni Pete oświadczył, że poszedłby do kościoła, aby pomodlić się za ojca, tylko że mu niedzielne spodnie nie wyschły po praniu. Ale - powtarzam - te manewry, mające nakłonić telewidzów do korzystania z tego czy innego kanału odbiorników, nie miały wstępu na teren poligonu.

Między budynkami służącymi telewizji a ruchomym bufetem postawiono kilka drewnianych ławek, piętrzących się tak, aby nie zasłaniały widoku. Daszek chroni je przed prażącym słońcem. Pod gołym niebem ustawiono baterię telefonów podłączonych bezpośrednio do międzymiastowej centrali. Każdy aparat osłonięty jest przed deszczem, pod każdym jest miejsce na maszynę do pisania. Zaraz za tą wyspą łączności ze światem zaczyna się ziemia niczyja. Płaskie, pozbawione drzew tereny ograniczone są z drugiej strony konstrukcjami stalowymi. To wyrzutnie 19 i 20, dostosowane do rakiet typu Titan.

Mamy więc miejsca w pierwszym rzędzie. Drugi rząd mieści się w Houston w Teksasie, czyli o setki kilometrów stąd. Tam też czekają dziennikarze. Nowością Gemini 5 w zestawieniu z poprzednimi lotami Bliźniąt jest bowiem to, że zaraz po starcie Houston przejmie całą kontrolę lotu. Czekają już samoloty, które z Przylądka Kennedy’ego mają dowieźć do Teksasu fachowców pomagających tu przy starcie. Houston i Przylądek Kennedy’ego połączone są bezpośrednimi kablami, zachowują stałą łączność. Głośniki kwatery prasowej przekazują okruchy tych narad na odległość, można sobie z nich odtworzyć obraz sytuacji.

Pierwsze wieści nie są pomyślne. Kosmonautów nie obudzono - jak przewidywał plan akcji - już o 4.30 rano, ale dopiero w trzy godziny później. Dwustu ludzi całą noc krzątających się wokoło wyrzutni 19 dopiero o świcie uporało się z trudnościami, jakie się wyłoniły przy tankowaniu. Mozolnie uczę się umownych skrótów, aby zrozumieć rozmowy dobiegające z głośnika. Wiem już, że LD 19 to dowódca odpowiedzialny za wyrzutnię numer 19, zaś SRO oznacza kierownika działań na poligonie. Wiem, że MCC to wieża kontrolna całego przedsięwzięcia - bądź w Houston, bądź na Przylądku Kennedy’ego. Teraz właśnie analizuje się doniesienia o pogodzie. Daleko stąd, nad zachodnim Oceanem Spokojnym rodzi się burza tropikalna, która będzie się nazywała Mary. Poza tym zachmurzenie nad samym Przylądkiem nie budzi obaw, ale jest bacznie obserwowane.

Przegląd stacji obserwacyjnych na całym świecie. Długa to litania. Dwaj Amerykanie, którzy w stalowym pojemniku będą krążyć wokół Ziemi, nawiążą łączność z posterunkami obserwacyjnymi na Bermudach i Wyspach Bahama, w Pretorii w Południowej Afryce i Kauai na Hawajach, będzie czuwała nad nimi ekipa z Carnarvon w Australii i Corpus Christi w Teksasie. Na oceanach krążą okręty gotowe do akcji. Donoszą nam, że Wheeling, czekający na północ od wyspy Midway na Oceanie Spokojnym, miał trudności w nawiązaniu łączności, ale że zostały już one pokonane. Odzywa się głos głównodowodzącego Flotą Atlantycką, który odpowiada za wyłowienie z wody kosmonautów po ich przelocie. Admirał Thomas H. Moore melduje, że czeka już na rozkazy dziesięć okrętów, rozstawionych wzdłuż linii między Floryda a wybrzeżem Afryki. Teraz MCC Houston zawiadamia MCC na Przylądku Kennedy’ego, że stacje obserwacyjne na całym świecie podają znak „zielone światło” - a więc czekają na start. Co się dzieje wokół wyrzutni?

Śniadanie na Ziemi

„Tu kontrola startu Gemini na Przylądku. Odliczanie lotu Gemini 5 przebiega sprawnie. Teraz jesteśmy przy 123 minucie i 7 sekundach, odliczamy nadal. Pierwsza załoga dla tego lotu - astronauci Gordon i Pete Conrad - kończy nakładanie swych ubiorów w przyczepie garderobianej koło wyrzutni 16. Przewiduje się, że pojadą do wyrzutni 19 i Gemini 5 około T-108 minut. Tymczasem astronauta Neil Armstrong powrócił do tego pojazdu kosmicznego. Stało się to koło 25 minut temu. Armstrong przeprowadza serię prób, aby przygotować wejście załogi... Dziś rano w pomieszczeniu dla załóg astronauci Cooper i Conrad zasiedli do śniadania w następującym towarzystwie; była tam załoga Gemini 6, astronauci Wally Schirra i Tom Stafford, był zastępca dyrektora Ośrodka do Spraw Działań Załóg - Deke Slayton oraz dwaj lekarze - dr Gene Tubbs i dr Howard Minners, którzy dziś rano przeprowadzili badania astronautów. Na śniadanie podano sok pomarańczowy, befsztyki, jajecznicę i kawę. Astronauci Cooper i Conrad kończą teraz w przyczepie sprawdzanie swych ubiorów i wyjdą stamtąd za mniej więcej 12 minut. Mówi kontrola startu Gemini. Odliczenie przebiega sprawnie, teraz jesteśmy przy 121 minucie i 31 sekundzie, odliczanie trwa. Halo, Houston! Halo Houston!”

„Tu kontrola Gemini, Houston. Przez ostatni kwadrans zespół czerwony, kierowany przez Chris Krafta, zwany też zespołem odjazdowym, zajął swe miejsca przed aparaturą tu, w Houston. Zespół błękitny pełnił służbę przez ubiegłe siedem godzin, teraz wprowadza swych następców i opuszcza salę sztabową. Mówi kontrola Gemini, Houston”.

Regulamin kosmiczny

Chris Kraft - dyrektor lotu Gemini – przebywa w Houston. Wszyscy używają tego poufałego przezwiska, naprawdę bowiem nazywa się Krzysztof Kolumb Kraft Junior. Jak powszechnie wiadomo, imion nie wymyślamy sobie sami, ale nosimy takie, jakie się podobały rodzicom. W przypadku omawianym - synowi (urodzony w 1924 roku) nadano po prostu imię jego ojca, który z kolei miał je ponoć dlatego, że przyszedł na świat w czterechsetną rocznicę podróży Kolumba.

Dusza reportera fikałaby koziołki z radości, gdyby tak można było teraz porównać podróże kosmiczne naszej epoki do wypraw wielkiego żeglarza. Niestety jednak, Chris Kraft bardzo takich porównań nie lubi. Uważa bowiem, że my wiemy znacznie więcej o kosmosie niż jego słynny imiennik wiedział w 1492 roku o oceanie. Chris Kraft jest autorem regulaminu kosmicznego Stanów Zjednoczonych. Na trzystu stronach druku rozważa różne przypadłości, jakie mogą się przytrafić kosmonautom i zaleca odpowiednie metody przeciwdziałania.

Uwaga, moi drodzy, mamy teraz rok 1965, ludzie dopiero od kilku lat zaczęli latać w kosmos, to są ciągle jeszcze wyprawy niebezpieczne. Nawet lepiej nie myśleć o tym, co by się stało, gdyby jakaś cząstka skomplikowanej aparatury zawiodła, a nie dostrzeżono tego w porę. Jeden z kosmonautów powiedział kiedyś, że najtrudniejszym etapem lotu jest ten między startem a wodowaniem... Pytam o zdanie starego wygę prasowego na Przylądku Kennedy’ego. Zastanawia się przez chwilę i powiada, że to trudno ustalić. Pojazd kosmiczny ma co prawda specjalne zabezpieczenie, aby nie spłonął wraz ze swą załogą w temperaturze 1700 stopni Celsjusza, jaka się wytworzy, kiedy wracać już będzie na naszą planetę i atmosfera w kilka minut zmniejszy jego szybkość z 28 000 do kilkuset km na godzinę, trudno jednak bezbłędnie przewidzieć, jak dalece obliczenia teoretyczne pokrywają się z praktyką...

Cztery piąte sekundy

Ale najbardziej dramatyczne są chyba te chwile - dodaje jeszcze po namyśle - które następują bezpośrednio po czterech piątych sekundy przed czasem T, czyli startem oficjalnym. Wtedy bowiem ludzie w stalowym pojemniku są najbardziej bezbronni wobec powstałych trudności.

„Tu kontrola startu Gemini, Przylądek Kenedy’ego. Odliczanie przebiega prawidłowo, mamy teraz T-91 minut i 41 sekund. Astronauci Gordon Cooper i Pete Conrad znajdują się już na pokładzie pojazdu kosmicznego Gemini 5. Weszli tam w odstępach kilkusekundowych o godzinie 10.42. Kiedy tylko się usadowią, zaraz przystąpią do sprawdzania systemu łączności z wieżą kontrolną i z Houston. Potem sprawdzi się aparaty do mierzenia ciśnienia krwi, jakiemu poddawani będą codziennie. Tu kontrola startu Gemini, teraz 91 minut i 10 sekund, odliczanie trwa...”

Czy czekać na XXV wiek?

Lekarze na Ziemi będą chcieli wiedzieć o kosmonautach jak najwięcej. Poza ciśnieniem krwi ustali się codziennie ich temperaturę, ich odchody w worku plastykowym, przytwierdzonym do ciała będą chemikaliami zabezpieczone przed rozkładem i mają być przeanalizowane po dostarczeniu na Ziemię.

W Australii Zachodniej i w Teksasie porozkładano na ziemi znaki orientacyjne, aby wypróbować wzrok kosmonautów. Naukowcy nie bardzo wierzyli bowiem zapewnieniom Coopera, że przy poprzednim locie kosmicznym dostrzegał z wysokości 160 km lub nawet i większej - zadziwiająco dokładnie różne szczegóły. Opowiadał mianowicie: „Wokół Himalajów mogłem rozróżnić pojedyncze domy a nawet dym z ich kominów. W rejonie Arizona - zachodni Teksas - widziałem pojazd na szosie, najpierw tuman kurzu nad drogą, potem zaś i samą jezdnię. Widziałem lokomotywę parową w północnych Indiach. Widziałem światła Perth w Australii (zazwyczaj burmistrz tego miasta wzywa mieszkańców do iluminacji, kiedy pojazdy kosmiczne mają być wystrzelone - L. W.) i pomarańczowe światła rafinerii nafty na południe od tego miasta.

Ludzie mający odlecieć w kosmos mają już na sobie pięciowarstwowe stroje. Najpierw więc biała bielizna bawełniana z kieszonkami na przyrządy do badań lekarskich. Potem granatowa wyściółka z nylonu i czarny strój nylonowy, mający zachować przepisane ciśnienie. Jedna warstwa siatki dacronowej dla zachowania kształtu stroju, kiedy jest pod ciśnieniem, i wreszcie nylonowa biała warstwa zewnętrzna dla zabezpieczenia przed promieniowaniem słonecznym.

Kim są ludzie, którzy mają w ciasnym kojcu spędzić kilka dni? I jak się to stało, że akurat oni mają razem lecieć w kosmos?

Leroy Gordon Cooper jest człowiekiem, którego życie najlepiej można odtworzyć w kategoriach szybkości i wysokości. Miał zaledwie 6 lat, kiedy wdrapał się na kolana ojca, pilotującego archaiczny dwupłatowiec. Gordon Cooper dostał wtedy na kilka chwil do potrzymania stery maszyny. Kto wie, może akurat odkrył to niepowtarzalne uczucie wolności, jakie latanie udostępnia człowiekowi? Miał 16 lat, kiedy odbył pierwszy samodzielny lot.

Uchodzi za człowieka, który upiera się przy swych przekonaniach. Głośno twierdził, że nie mają sensu forsowne ćwiczenia sportowe dla kosmonautów, że powinni oni być „pilotami, a nie mistrzami dziesięcioboju”. Poglądy te zjednały mu wielu wrogów, jeszcze w końcu 1962 roku byli kierownicy programu kosmicznego, którzy uważali, że Cooper powinien być „uziemiony”, że nie powinien latać. Ostatecznie jednak wystartował w maju 1963 roku na pokładzie Faith 7. Uszkodzenie urządzeń pokładowych zmusiło go do „ręcznego” pilotażu przy powrocie na naszą planetę. Powiodło się to doskonale, pobił rekordy dokładności.

Urodził się w 1927 roku w małej mieścinie w Oklahomie, od dziecka zaczytywał się w powieściach fantastycznych. Jego ulubionym bohaterem był Buck Rogers, który - jak chciał szybujący na własnej fantazji powieściopisarz - za pół tysiąca lat miał pilotować okręty rakietowe na dalekie planety. Młody Cooper zastanawiał się, czy aż do XXV wieku przyjdzie nam czekać z realizacją marzeń o podróżach kosmicznych...

Wesoły Piotruś

Tuż przed końcem II wojny światowej znalazł się co prawda w szeregach piechoty morskiej, ale nigdy nie walczył. Wstąpił do lotnictwa, uzyskał tytuł naukowy w zakresie budownictwa aeronautycznego, był oblatywaczem, a zgłosił się na ochotnika, kiedy werbowano kosmonautów. Po przejścia badań lekarskich wrócił do domu i zaczął pakować swe manatki. „Byłem pewien, że zostanę przyjęty, a nie chciałem marnować czasu, kiedy ogłoszą wyniki” - powiedział.

Miał 31 lat, był więc najmłodszy z pierwszej siódemki astronautów. Początkowo zatrudniony był przy łączności z kosmonautami, najpierw z Australii, potem z Meksyku. Lataniem zaraził swą żonę, która uzyskała licencję pilota. Znany jest ze stateczności i opanowania. Na partnera do hermetycznego zamknięcia w Gemini 5 znalazł sobie człowieka, który pod wieloma względami jest jego kontrastem lub może - jeżeli kto woli - uzupełnieniem.

Charles Conrad Junior ma błękitne oczy, orli nos i pogodę ducha. Urodził się w roku 1930. Jak twierdzi Jane, jego żona, rodzice jego nie mogli się zdecydować co do imienia dla swej pociechy. Matka chciała, aby syn nazywał się Peter, ojciec zaś upierał się przy imieniu Charles. Ostatecznie postawił na swoim, kosmonauta oficjalnie nosi imię wybrane przez ojca, ale nieoficjalnie wszyscy zwą go Pete. Jako dziecko też żył w świecie skrzydeł, z krzeseł i skrzynek po mydle „budował" sobie samoloty, spędzał (we własnej wyobraźni) całe godziny u boku Lindbergha podczas wielkiego lotu nad Atlantykiem. Też nigdy nie walczył, też ma wyższe wykształcenie techniczne, też był oblatywaczem, ale w lotnictwie marynarki wojennej. Ma za sobą ponad trzy tysiące godzin lotu, z czego ponad dwie trzecie na odrzutowcach.

Nie uważa słowa „nie” za ostateczną odpowiedź. I to w różnych okolicznościach życiowych. Jednym z tych, którzy powiedzieli mu „nie”, był koń na fermie jego teścia w Teksasie. Zmusił on kosmonautę do przymusowego lądowania, i to tak nagle, że Pete zetknął się z naszą planetą, nim zdążył wyjąć fajkę z ust. Jest jednak uparty, teraz podobno ujeżdża najdziksze rumaki.Następnie usłyszał „nie” od kierownictwa amerykańskiego programu badań kosmicznych. Został odrzucony przy pierwszej selekcji. Dopiero potem został przyjęty. Jest znanym wesołkiem. Na drzwiach wiodących do jego pokoju w Ośrodku w Houston wisi seria zdjęć jakiegoś blondaska w najbardziej pociesznych pozach i grymasach. To właśnie on sam, kosmonauta Conrad. Jego wesołość ma równoważyć dostojność Coopera.

Pani Conrad wspomina, że gdy jeszcze jako panna studiowała w Pensylwanii, jej przyszły mąż, aby ją olśnić, wynajął awionetkę i przyleciał w odwiedziny. Zabrakło mu wtedy paliwa, pożyczył od niej 10 dolarów na benzynę. Ciekawe, czy wspominając pionierów kosmosu ludzkość wspomni kiedyś, że byli oni nie tylko zdobywcami, ale i ludźmi?

Goście bez przepustek

„Tu kontrola startu Gemini, Przylądek Kennedy’ego, teraz odlicza się T-75 minut i 53 sekund, odliczanie trwa. Wszystko przebiega pomyślnie. Dokładnie w czasie ustalonym w planie zapieczętowano właz do pomieszczenia astronauty Coopera. Zamknięto ten właz o godzinie 11.01. Otwarto na chwilę i znów zamknięto. Wyrzutnia 19 melduje wszystko w porządku, teraz 75 minuta, odliczanie trwa. Tu kontrola startu Gemini”.

Meldunki były coraz bardziej konkretne, napięcie rosło w miarę odliczania minut i sekund Wielkiego Czekania. Donoszono o usunięciu powietrza z kabiny i zastąpieniu go czystym tlenem (69 minuta), pomyślnej kontroli urządzeń pokładowych (58 minuta), ostatecznego sprawdzenia rakiety nośnej (50 minuta). Meldowali swe przybycie na Przylądek Kennedy'ego panowie Wents i dr Szego, którzy wraz z przebywającym w Houston panem Drakę mieli oficjalnie dokonać ustaleń wszelkich rekordów, jakie mogły by być pobite. Są mianowicie przedstawicielami Międzynarodowej Federacji Aeronautycznej.

„Tu kontrola startu Gemini, Przylądek Kennedy’ego. Zbliżamy się do 39 minuty - gong - 39 minuta, odliczanie trwa. W obu wieżach kontrolnych, jak i przy wyrzutni panuje pewne zaniepokojenie z powodu dużej czarnej chmury nad wyrzutnią 19. Meteorologowie przyglądają się jej bacznie, czekamy na ich dokładne prognozy. Tymczasem odliczanie przebiega planowo, doskonale słychać kosmonautów Coopera i Conrada, jak przekazują meldunki z kabiny. Jeżeli wszystko będzie miało przebieg pomyślny, za 3 minuty i 20 sekund opuścimy erektor”.

Tak nazywa się potężną wieżę, która wznosi się tuż koło pojazdu kosmicznego, pełniąc rolę rusztowania i windy ułatwiającej dostęp do całego urządzenia. Przed wystrzeleniem pojazdu erektor musi być usunięty, inaczej nie zostałoby zeń śladu. Nie, nie opuszcza się go pod ziemię, to przecież bardzo wysoka wieża, ale pochyla pod kątem prostym, kładzie na ziemi.

Tymczasem oficera z ochrony bazy, który dotąd przechadzał się po placyku, wytwornie salutował, popijał lodowate napoje, pozował do zdjęć i w ogóle cieszył się życiem - wzywają do telefonu. Już po chwili słychać, jak wrzeszczy w mikrofon aparatu. „Co go tak ugryzło?” - pytam któregoś z sąsiadów, który nie prowadzi notatek, ale słucha tych wrzasków. „Złapano jakichś ludzi, którzy nielegalnie weszli na poligon". To wprost niewiarygodne. Jak można dostać się na przylądek otoczony morzem, strzeżony przez radar i patrole z psami policyjnymi? Kim są ci, którzy tego dokonali?

Jak się okazało, poprzez sito aparatu kontrolnego, mającego poligon odciąć od zewnętrznego świata, przedostało się aż sześć osób, a i to bez specjalnych wyczynów. Dwaj studenci - Theodore Lee Balinger oraz Gary Ralph Young szli sobie nadmorską plażą i doszli dosłownie pod samą wyrzutnię 19. Podobno szalenie chcieli być na ekranach telewizyjnych, a wiedzieli, że obraz wyrzutni 19 ukaże się na odbiornikach TV całych Stanów - od Pacyfiku aż po Atlantyk.

Dwoje piętnastolatków dostało się wpław, tak samo jak pan R.A. White wraz z synkiem. Pan White powiedział przedstawicielom władzy, którzy go ujęli, że wszedł do wody, aby towarzyszyć swej pocieszę w pływackiej wyprawie i że kiedy dopłynęli już blisko do brzegu Przylądka Kennedy'ego i ujrzeli znaki ostrzegawcze, byli obaj zbyt zmęczeni, aby zawrócić. Podobno F.B.I. miała całą zatrzymaną szóstkę przekazać do dyspozycji prokuratora federalnego w Tampa, ale to były jeszcze nie sprawdzone wiadomości.

Bliźnięta: droga daleka

„Mówi kontrola Gemini, Przylądek Kennedy’ego. Mamy teraz 25 minutę 44 sekundy, odliczanie trwa. Z czarnej chmury nad nami spadł deszczyk na wyrzutnię 19, bacznie śledzimy rozwój sytuacji, odliczanie trwa. Teraz opuścimy erektor, T-25 minut, odliczanie trwa”.

Od smukłej sylwetki pojazdu kosmicznego i jego rakiety nośnej odrywa się powoli masywna konstrukcja wieży, która przechyla się ku ziemi i wreszcie kładzie się na niej. Co czują teraz ci dwaj w metalowej kabinie, kiedy odłączył się od nich pomost łączności z naszą planetą?

Gwar rozmów z Houston gęstnieje z minuty na minutę. A jednak wyczuwa się wyraźnie wstrzemięźliwość w doniesieniach - podobno sprawa tankowania płynnego wodoru i tlenu nie została tak pomyślnie rozwiązana, jak to się jeszcze wcześnie rano wydawało. Houston otrzymał z Carnarvon w Australii Zachodniej kolejny meldunek o pełnej gotowości, stu ludzi z obsady tej stacji obserwacyjnej czeka na posterunku, czeka na pojawienie się pojazdu kosmicznego Bliźnięta 5. Reporter uśmiecha się mimo woli do własnych wspomnień i tłumaczy sąsiadom powód wesołości. Był tam przecież przed kilkoma zaledwie tygodniami. Carnarvon to mała, wyprażona słońcem mieścina na zachodnim wybrzeżu Australii. Wegetowała żyjąc z eksportu produktów wielorybnictwa i hodowli owiec, ale wydawało się, że wielki cyklon 1961 roku zadał osadzie cios, z którego się już nie podniesie. Tymczasem tuż pod Carnarvon Amerykanie ulokowali świetnie wyposażoną stację obserwacyjną programów badań kosmicznych.

W mieścinie, gdzie nic się nie dzieje - mieszkańcy śpieszą chętnie na stację, aby na zwierciadle radarowym oglądać wyczyny zdobywców kosmosu. Tak się już utarło. Dopiero panowie McDivitt i White z załogi Gemini 4 przegrali w Carnarvon bitwę o popularność. By rzec więcej: kiedy pewnego sobotniego wieczoru znaleźli się nad tą osadą podczas 28 okrążenia naszej planety, to poza załogą stacji obserwacyjnej nie było chętnych do oglądania ich lotu. Owej soboty trzystu obywateli Carnarvon tłoczyło się w miejscowej knajpie, aby na własne oczy ujrzeć wydarzenia wręcz historyczne. Otóż po raz pierwszy rozbierała się tam przy muzyce sprowadzona aż z Perth (gaża: 200 funtów miesięcznie) postawna blondynka używająca imienia Michele. Pan Wilson Tuckey, przewodniczący rady okręgowej, przyznał, że w tych stronach loty kosmiczne już się nieco przejadły. Inny obywatel grodu powiedział reporterowi, że gdyby tak na Gemini 4 siedział okrakiem Louis Armstrong i grał na trąbce, to pewnie każdy chętnie obejrzałby i posłuchał, ale tak... Jeżeli się jeszcze doda, że w Carnarvon większość samotnych mężczyzn nie oglądała nagiej kobiety od niepamiętnych czasów, zaś po Bliźniętach 4 będą na pewno do oglądania Gemini dalszej numeracji, to cała sprawa staje się bardziej zrozumiała. Okazuje się więc, że jeszcze i na naszej planecie jest na co popatrzeć.

Ta monotonia kosmiczna może z czasem chyba „zarazić” i samych kosmonautów. Kiedy McDivitta zapytała przez radio własna małżonka, czy dobrze się prowadzi, to odpowiedział twierdząco i wyjaśnił: „Muszę. Wybór nie jest wielki. Mogę tylko spać albo wyglądać przez okno...”

Krople deszczu

Wyrzutnia 19 żyje teraz (T-14 minut) pod znakiem końcowych prób. Ostrzega się, że poszczególne dysze odrzutowe będą kolejno włączane na półtorej sekundy każda. Mrowie ludzkie uwijające się wokół wyrzutni gorączkowo przygotowuje pojazd kosmiczny do dalekiej drogi, gdy nagle z wieży kontrolnej dobiegają nieoczekiwane słowa:

„Mówi kontrola startu Gemini, Przylądek Kennedy’ego. Odliczamy teraz 10 minut i 9 sekund. Odliczanie będzie wstrzymane przy T-10. T-10 minut odliczanie Gemini-5 zostało wstrzymane. Zdaje się, że załoga melduje o kłopotach z dalmierzem. Brak dalszych danych. Czekamy na doniesienia. Pete Conrad potwierdza, że dojrzał kilka kropli deszczu na swym okienku, ale to nie daje podstaw do niepokoju. Tu mówi kontrola startu Gemini. T-10 minut, odliczanie wstrzymane”.

Sprawozdawcy prasowi nerwowo zerkają na zegarki nastawione często na godzinę obowiązującą w miastach, gdzie mają swe redakcje. Tam czekają maszyny drukarskie, miały ruszyć wartko z wiadomościami z ostatniej chwili. Ludzie, którzy wychodzić będą z pracy wczesnym wieczorem, chcą mieć najnowsze wiadomości w specjalnym okienku na pierwszej stronie. Teraz tylko pytanie, jakie będą to wiadomości.

Zdania są podzielone. Jedni czekają na wznowienie odliczania. Inni są pesymistami. Zakłada się - twierdzą – że wodowanie kosmonautów po zakończeniu podróży odbywa się o tej samej porze co start. Wyławianie ich z wody powinno odbywać się jeszcze za dnia, marynarze i płetwonurkowie, których odkomenderowano do tej akcji, zastrzegają sobie zawsze rezerwę co najmniej trzech godzin światła dziennego. Na dziś więc już nie zostało wiele czasu. Płynnego gazu tankowanego w bardzo niskiej temperaturze nie można oczywiście utrzymać w zbiornikach, pełny cykl tankowania musi zaś trwać dwie doby.

Siwy pan, reprezentujący poważną gazetę kalifornijską, gdzie od lat zajmuje się tematyką naukową, opowiadał nam był właśnie o swej wizji wykorzystania stanu nieważkości dla służby zdrowia. „Ten pomysł kiedyś będzie zastosowany. Przecież kosmonauci unoszą się nad swymi legowiskami. Powiadam wam, nadejdzie taki dzień, kiedy całe szpitale umieszczać się będzie na orbicie, aby pacjenci nie cierpieli na skutek odleżyn i innych dolegliwości, wynikających z długiego leżenia w łóżkach...”

Wizja jutra pryska w obliczu wydarzeń chwili. Szybko pokrywa notatnik maczkiem własnego stenogramu. „Zaczyna chyba działać prawo Murphy’ego” - pomrukuje. „Co to znaczy?” - dowiaduję się. „To znaczy, że kiedy coś tylko  m o ż e  się zepsuć, to już na pewno się popsuje” - odpowiada. Chcę się jeszcze zapytać, skąd się wzięło to porzekadło, ale mój rozmówca już sięgnął po słuchawkę telefonu międzymiastowego, uzyskuje połączenie z redakcją i zaczyna przekazywać kolejną porcję nowin.

Czy włączyć wycieraczki?

Fotograf z tego samego pisma przerywa mu na chwilę dyktando. Trąca go lekko w łokieć i pokazuje palcem w kierunku wyrzutni 19. A więc to tak! Wieża erektora podnosi się ze swego spoczynku na ziemi, majestatycznie pnie się w górę, wreszcie przytula się znów do rakiety nośnej i pojazdu kosmicznego, lekko chybocze się przez chwilę, wreszcie nieruchomieje.

„Mówi kontrola startu Gemini, Przylądek Kennedy'ego, T-10 minut, odliczanie wstrzymane. Nasza służba meteorologiczna przepowiada duże prawdopodobieństwo burzy, by nie narażać lotu, podnosi się erektor. Kosmonauci Gordon Cooper i Pete Conrad przyjęli to bardzo dobrze. Kiedy Pete Conrad dowiedział się, co się stało, zażądał od dowództwa zgody na włączenie wycieraczek na szybach. To żart, oczywiście, pojazd kosmiczny nie ma wycieraczek.

„Mówi kontrola startu Gemini, T-10 minut, odliczanie wstrzymane. Halo Houston, Halo, Houston!”

„Mówi kontrola Gemini, Houston. Erektor przystawiony został ponownie do rakiety Titan II oraz pojazdu kosmicznego, aby służył jako osłona przed nadciągającą burzą. Pioruny biją nad południowym wybrzeżem, nie można narażać rakiety nośnej i pojazdu kosmicznego. Mówi kontrola Gemini, Houston, T-10 minut, odliczanie wstrzymano...

A więc bóstwa kosmosu ciskają gromami w intruzów pragnących wtargnąć do ich królestwa... Taka sobie fantazja poetycka, ale kiepska, wyznam samokrytycznie... Powody opóźnienia są bardziej prozaiczne, sączą się wieści na ten temat. Podobno „prawo Murphy’ego” zaczęło działać nocą, kiedy jakiś spawacz potknął się na rozciągniętym kablu i wypuścił z dłoni swe narzędzia pracy. Miało wtedy dojść do lokalnego pożaru. Przy wtórze dalekich grzmotów Houston i Przylądek Kennedy’ego wymieniają informacje. Notuję, że w żargonie kosmicznym rakietę nośną określa się słowem „ptak", widocznie język lubi wyrazy krótkie, unika dłużyzn. A co się teraz dzieje w „ptaku”?

„Tu kontrola startu Gemini, Przylądek Kennedy’ego. Nasze odliczanie wstrzymane na T-10 minut wstrzymane nadal. Bada się funkcjonowanie dalmierzy. Astronauci przekazali nam swe nastroje. Powiedzieli: «Trzymajmy się, próbujmy, lećmy dziś!» Pogoda jest obserwowana bacznie, dalmierze sprawdzane. Mówi kontrola startu Gemini, Przylądek Kennedy’ego. Odliczanie wstrzymane na T-10 minut. Halo, Houston!”

Proszę nie kruszyć!

„Tu kontrola Gemini, Houston. Potwierdza się zawieszenie lotu Gemini 5. Ustali się nowy cykl. Lot został zawieszony na skutek wadliwości urządzeń elektronicznych pojazdu kosmicznego, zwłaszcza w systemie działania dalmierzy. Spodziewamy się ustalenia czasu potrzebnego do przygotowania pojazdu i «ptaka» do startu. Piloci opuszczą pojazd za 30 minut, czekajcie na dalsze dane. Astronauci uzyskali zgodę na opuszczenie pojazdu, teraz doprowadzi się do otwarcia włazów i wydostania ich. Przewiduje się, że rychło wyjdą”.

Pora więc na obiad. Dostawca żywności umożliwia próbowanie zestawu potraw, który sporządza dla kosmonautów. Okazja rzadka, gdyby taki obiadek był nawet w handlu, toby nie mógł kosztować mniej niż 25 dolarów od osoby. Cały obiad z sześciu dań doskonale mieści się na małym talerzyku. Nóż i widelec są zbędne, trzeba za to mieć nożyczki, aby jakoś uporać się z mocnym opakowaniem, które pozwala na utrzymanie potraw w próżni. Menu wypisane jest na stronie zewnętrznej opakowania, każda potrawa, wyglądająca jak niewielki sześcianik, ma jeszcze swe odrębne opakowanie.

Każdą kostkę trzeba zgryźć i chwilę zaczekać, nim ślina własnej naszej produkcji jakoś wyzwoli efekty smakowe z bezbarwnej masy. Pierwszy kęs istotnie wywołuje wrażenie trocin, potem jest już jakoś lepiej, zwłaszcza jeżeli przeczytało się etykietkę i zapamiętało, co dana kostka ma przedstawiać. To jest smakołyk trochę na tej zasadzie, co system dość popularny w latach wojny, kiedy ludzie pasjonowali się lekturą najbardziej wymyślnych potraw z książek kucharskich na okrasę do spożywanej kaszy lub czerstwego chleba.

Befsztyk wypadł zupełnie nieźle, deser też. Kanapki z mięsem kurczęcia sprawiały takie wrażenie, jak gdybym gości na imieninach (7 stycznia, dla wspomożenia waszej łaskawej pamięci o prezencie) poczęstował pozostałościami z zabawy sylwestrowej. Ale istotnie uczucie głodu zostało stłumione. A kiedy jeszcze potem poszedłem do bufetu na kółkach i nabyłem tekturowe pudełko z zimnym mlekiem oraz kanapkę z serem, do której z racji rozmiarów bardziej pasowałaby nazwa tapczan - to już byłem zupełnie najedzony. Inna sprawa, że w kosmosie zajadać trzeba tak ostrożnie, aby nic się nie pokruszyło. Wiadomo, okruchy w stanie nieważkości nie spadają na podłogę, ale unoszą się w kabinie...

Dodatkową atrakcją były wspominki starych wygów o nie tak znowu dawnych dziejach innych kłopotów kosmicznych. Nigdy nie przypuszczałem, że droga na Księżyc jest nie tylko tak bardzo, bardzo daleka, ale do tego jeszcze tak wyboista i niebezpieczna. Że tak bardzo trzeba uważać na zakrętach.

Virgil Crissom mało się nie utopił, kiedy woda morska wtargnęła do kabiny jego pojazdu Mercury o jakieś 300 mil od Przylądka, na pełnym morzu. On sam ocalał pływając na powierzchni Atlantyku, kabina poszła na dno. John Glenn mało się nie spalił, wracając na naszą planetę, Scott Carpenter wodował o 250 mil od wyznaczonego miejsca, przez godzinę nie było nawet wiadomo, co się z nim dzieje, a gdy wreszcie odnalazły go samoloty - sanitariusze zeskoczyli do morza, aby go ratować. Cooper też ma za sobą tarapaty swego poprzedniego lotu. „Wyobraź sobie kierowcę wozu wyścigowego, któremu na trasie wysiadają hamulce, traci panowanie nad kierownicą, a do tego jeszcze szyba przednia tak jest zachlapana, że nic nie widać” - przekłada mi jeden z kolegów na język ziemski te dramatyczne przygody człowieka, który dziś miał lecieć do nieba. Cooper zresztą tak wspaniale dał sobie wtedy radę, że raz jeszcze okazało się, iż w momentach próby człowiek jednak zawsze lepiej znajdzie wyjście z sytuacji niż „maszynka w czarnym pudełku”…

Ojejku, czyli jeszcze nie!

Trzeba zobaczyć, jak ludzie poradzą sobie z coraz większymi rakietami, coraz trudniejszymi problemami, jakie sami sobie stawiają, nim wyruszą na Księżyc. Rakieta Saturn V ma mieć 125 metrów długości i ważyć prawie 3 tysiące ton!

„Mówi kontrola startu Gemini, Przylądek Kennedy’ego. Piloci przebywają nadal w pojeździe kosmicznym. Przeprowadza się teraz serię prób dla uzyskania pewności, że wszystkie wyłączniki są prawidłowo ustawione. Gordon Cooper powiedział: „Ojejku, obiecaliście dziś prawdziwy start, a nie lipę!”

„Kontradmirał Ben Sarver, dowódca Zgrupowania Bojowego 140 wzywa na odprawę na godzinę trzecią... Powtarzam; Kontradmirał Ben Sarver...”

Na sali odpraw nie starcza już nawet krzeseł, pod ścianami stoją ci, którzy przybyli w ostatniej chwili. Zresztą tu też są „miejsca w pierwszym rzędzie", cała odprawa przekazywana jest kablem do Houston, gdzie kilkuset dziennikarzy uczestniczy na odległość w aktualnym omówieniu wydarzeń. Raz po raz nawołuje się obecnych tu, na Przylądku Kennedy'ego, by mówili prosto w mikrofon, aby koledzy w Teksasie nie mieli trudności ze zrozumieniem.

Słomka na wielbłądzie

Punktualnie o trzeciej za stołem konferencyjnym na podwyższeniu zasiada kilku mężczyzn o twarzach napiętnowanych znużeniem nie przespanych nocy. Jupitery zmontowane przez ekipy filmowe ślizgają się kolejno po ich twarzach błyszczących od potu, szum kamer wtóruje wymienianiu nazwisk i przezwisk. Oto jest, panie i panowie, kontradmirał Ben Sarver, dowódca „Grupy Bojowej 140”, czyli jednostek marynarki wojennej, piechoty morskiej i lotnictwa, którym kazano wyłowić z fal Atlantyku kosmonautów, a także ich kabinę. A to jest Charles W. Mathews, zwany Chuck, dyrektor programu kosmicznego Bliźnięta. Obok zasiada dr George W. Mueller, zastępca administratora Urzędu Lotów Kosmicznych Obsadzonych Ludźmi. Pan Merritt G. Preston, zwany Pres - jest zastępcą dyrektora działań na wyrzutniach Ośrodka Kosmicznego „J.F. Kennedy”. Pułkownik Richard C. Dineen jest dyrektorem wyrzutni pojazdów Gemini z ramienia Sił Powietrznych, pułkownik John P. Jones zaś reprezentuje dowództwo Wschodniego Poligonu Doświadczalnego Sił Powietrznych. Uwaga, w tej chwili zjawił się pan Donald K. Slayton, który w N.A.S.A. jest zastępcą kierownika do spraw załóg.

„Hello - rzecze dr Mueller - spędziliśmy czas jakiś analizując wydarzenia dzisiejszego poranka”. Potem zaś, bardzo szczegółowo, punkt po punkcie omawia techniczne problemy odwołanego lotu. Wspomina o pożarze, jaki wybuchł w pomieszczeniu z kablami, co prawda nie bezpośrednio przy wyrzutni 19, ale tak, że trzeba było mieć to na uwadze. Prosi, aby dać mu trzy godziny czasu na dokładną ocenę szkód wyrządzonych przez pożar. Teraz właśnie czeka na sprawozdanie. Zapowiada ponowny start na godzinę dziewiątą rano pojutrze. To będzie sobota...

Sobota? A więc zaraz omawia się nadgodziny personelu, dowództwo twierdzi, że w zestawieniu z ogólnymi kosztami programu są to nie znaczące nic sumy. Pan Preston, do którego bywalcy poligonu zwracają się per Pres, przedstawia nagłe wahania napięcia w skomplikowanym systemie elektrycznym „ptaka", zaburzenia, które przypisuje wyładowaniom atmosferycznym. Mimochodem wspomina, że to było już tylko kolejne ogniwo w łańcuchu trudności ostatnich godzin, ale że kłopoty z napięciem były już ową przysłowiową słomką, która złamała grzbiet wielbłąda.

Atlantyk spokojny, burza na Sali

Głos ma kontradmirał Sarver. Opóźnienie startu nie ma wpływu na podległe mu okręty floty wojennej. Przede wszystkim zaopatrzone są w paliwo jeszcze na sześć dni, a dalej - zbiornikowce z ropą krążą po Atlantyku zachodnim i wschodnim, by zaspokoić potrzeby jednostek czekających na kosmonautów.

- Prognoza pogody - mówi kontradmirał - jest na najbliższe osiem dni zdecydowanie pomyślna. Nie przewiduje się więc trudności w zachodnim rejonie Atlantyku, gdzie przecież skoncentruje się działania floty. Nie donoszą o dostrzeżeniu czynników, które zapowiadałyby huragany. Niż formuje się u wybrzeży Afryki. Nie będzie żadnego problemu, jeżeli przesunie się w stronę Ameryki Południowej.

Gdyby zaś miał przesunąć się na północny zachód, to potrwa z 10 dni, nim pojawi się w rejonie Morza Karaibskiego.

O ile więc sytuacja na Atlantyku była opanowana, to na sali odpraw poczęły się gromadzić chmury, ba, nawet grzmiało, gdy doszło do omawiania sprawy ludzi, którzy nielegalnie dostali się na teren poligonu. Wielu pytało, odpowiadało kilku.

Podpułkownik Jones:

- Niewiele wiem. Dostrzegłem ich na ekranie telewizyjnym urządzenia służącego do kontroli obszaru. Wiem tylko tyle, że zostali ujęci przez naszą służbę bezpieczeństwa, zatrzymani, odstawieni we właściwe miejsce i przekazani właściwym władzom. To byłoby właściwie wszystko.

Z trzeciego rzędu powstaje rosły, szpakowaty mężczyzna w białej koszuli z zawiniętymi rękawami: „Czy ktoś wie, którędy oni weszli, nim zostali dostrzeżeni i zatrzymani?”

- Bob, ja myślę, że uzyskamy dla ciebie te wszystkie informacje. Obawiam się jednak, że nie ma tu między nami nikogo, kto umiałby na to odpowiedzieć. Jestem pewien, że informacje te można przekazać i tak też się stanie.

- Słuchaj, ja wiem tylko tyle: służba bezpieczeństwa miała rzekomo powiedzieć, że ci intruzi wtargnęli od strony północnej i szli sobie plażą. Mieli podobno przejść pięć mil...

- Stokrotne dzięki, jestem przekonany, że dostarczymy wyczerpujących danych, teraz zaś ich nie mamy...

- Chciałbym zapytać, czy aby nie mamy do czynienia ze swoistym uskokiem przed tym pytaniem, a zarazem zapytać, czy istnieje obawa, iż prasa tę sprawę rozdmucha. Czyż więc nie chcecie rozdmuchania tej afery, uważając, że przy następnym wystrzeliwaniu rakiety zwalą się wam tu wszyscy kawalarze, aby tylko w ten sposób wylądować na ekranach odbiorników telewizyjnych? Chyba tylko o to chodzi!

- Ależ doprawdy nie! Po prostu nie mam tu przed sobą żadnych informacji, jestem natomiast przekonany, iż rzecznik Sił Powietrznych będzie rad, kiedy przekaże ci wyczerpujące dane. My na to wszystko patrzymy z nieco innego punktu widzenia. A więc ci ludzie znaleźli się w strefie zagrożenia. Powiedziałbym nawet, że bardzo dla nich niebezpiecznej. To chcielibyśmy jasno postawić, ponieważ wszyscy muszą trzymać się z dala, kiedy reguluje się ciśnienie w pojeździe kosmicznym. - Kiedy dwaj młodzi ludzie zatrzymam koło wyrzutni 19 zostali przekazani do F.B.I. w Cocoa Beach, zadzwoniłem do tamtejszego rezydenta F.B.I. Oświadczył mi, że nic o tym nie wie, nie jest mu też wiadomo, o co będą oskarżeni. Chyba nie wymagam zbyt wiele prosząc któregoś z panów, aby dokładnie podał, o co oskarża się tych ludzi, kto ich oskarży, gdzie są teraz i co się z nimi stanie?

- Sprawy bezpieczeństwa należą do Wschodniego Poligonu Sił Powietrznych. Ja doprawdy nie chciałem przechytrzyć sprawy, kiedy to rzekłem. Nie wiem, czy pułkownik Jones ma już odpowiedź, czy też jeszcze nie. Na pewno udzielimy ci odpowiedzi, jednak nie wydaje mi się, by ktoś z N.A.S.A. czy marynarki wojennej coś na ten temat wiedział.

- No więc dobrze, bo ja myślę, że należy nam się wyjaśnienie na temat tego, co się stało z ludźmi, którzy złamali prawo zjawiając się tu. Ludzie nie znikają w rozrzedzonym powietrzu, prawda?

- Oczywiście, że nie.

- A więc spodziewamy się jasnej i precyzyjnej odpowiedzi na proste pytanie w sprawie prawnej.

- Bili, ja będę próbował odpowiedzieć ci pod koniec odprawy. Teraz się bada sprawę, będę rad, kiedy ci dam odpowiedź.

- Doktorze Mueller, proszę nam powiedzieć, czy incydent na plaży z zatrzymaniem dwóch młodych ludzi nie skłania pana do rozważań na temat sprawności służby bezpieczeństwa na Przylądku Kennedy’ego?

- Nie wydaje mi się, by nielegalna obecność dwóch mężczyzn, którzy zostali ujęci, kiedy tylko zbliżyli się do wyrzutni, mogła wskazywać na jakieś rozluźnienie bezpieczeństwa na Przylądku.

- Czy Gordo naprawdę powiedział „ojejku”?

- Słyszałeś przecież sam. Jestem pewien, że tak rzekł.

- Dobra więc, teraz dalej. A jaka była reakcja Gordo i Pete, gdy wyszli? Jak reaguje pilot na fakt, że dzieli go dziesięć minut od startu, a raptem się to odwołuje?

- Oczywiście, że byli rozczarowani. Woleliby lecieć dziś niż innego dnia. Ale widzisz, oni są już zbyt długo w tym zawodzie, aby nie wiedzieć, że w każdym zadaniu jest zawsze element ryzyka i że nie ma się co zżymać na takie wydarzenia. Teraz ta młoda pani tam w końcu sali.

- Czy kosmonauci przeszli ponowne badania lekarskie po odwołanym locie?

- Nie. Nie byli badani.

- Czy można wiedzieć, co teraz porabiają?

- Daliśmy im wolne popołudnie. Nie wiem, co się teraz z nimi dzieje.

Czy na Księżycu jest chleb?

Odprawa jeszcze trwała, jeszcze bardziej wzrastała temperatura na sali, gdzie żar buchał od jupiterów, kiedy na wyrzutni 19 uwijali się ludzie przygotowujący „ptaka” do nowego startu. Paliwo usunięto ze zbiorników rakiety, zamrażano je ponownie w bardzo niskiej temperaturze, aby znowu wprowadzić je do Titana II. Cooper - przypominali weterani lotów kosmicznych w kwaterze prasowej - miał już doświadczenia z odkładaniem lotu. Już raz się dobrze wysmażył przez pięć godzin w kabinie Mercury, która na skutek uszkodzenia nie została wprowadzona na orbitę okołoziemską w wyznaczonym dniu, lecz dopiero nazajutrz.

Tym razem sprawa przeciągnęła się o dwie doby. Dwie doby ciągnęło się znów wznowione odliczanie, dwie doby w klimatyzowanych jadalniach hoteli i hotelików w tej części Florydy trwały debaty nad problemami podróży międzyplanetarnych.

Tyle tu spraw, tyle pytań. Byłoby chyba grzechem wobec przyszłości, gdybyśmy już teraz nie zdobyli się na spojrzenie naprzód. Kolumbowi nie oszczędził los i ludzie nawet kajdanów, ludzkość nie zdawała sobie sprawy z powiewu historii, jaki dął w żagle trzech łupinek jego flotylli. A przecież niedługo po odkryciu nowego lądu zaczęły kruszeć dawne pojęcia, obalano ustalone pojęcia.

W roku 1966 same tylko Stany Zjednoczone mają w budżecie siedem miliardów sto trzynaście milionów dziewięćset tysięcy dolarów na urzeczywistnianie programu badań kosmicznych. ZSRR też łoży ogromne sumy na te cele.

Do Klubu Kosmicznego mają wstęp tylko potęgi, to nie jest rozrywka dla ubogich. Są tacy, których razi paradoksalność sytuacji. Bo oto połowa dorosłych mieszkańców naszej planety nie umie czytać ani pisać, połowa ludzkości nie dojada lub wręcz głoduje, a tu człowiek wybiera się na inne planety. Czy nasze czasy będą się kiedyś zwały epoką podróży kosmicznych czy epoką przeludnienia?

W swym poprzednim locie kosmicznym kosmonauta Gordon Cooper, który teraz znów czeka na start, dokonał wielkiego wyczynu. Okrążył Ziemię 22 razy, przebył 923 tysiące kilometrów. Przelot ten trwał 34 godziny 20 minut i 31 sekund. W tym czasie ludzkość powiększyła się o ćwierć miliona. W tym tempie będzie nas na Ziemi 7 miliardów w końcu tego stulecia, 22 miliardy około roku 2050. A więc siedem razy więcej niż obecnie.

Stany naprawdę zjednoczone

Ilu mieszkańców może wyżywić Ziemia? Australijczyk Colin Clark obstaje przy 15 miliardach, a i to pod warunkiem, że rolnictwo światowe osiągnie powszechną wydajność taką, jaka jest obecnie w Holandii. Inny ekonomista, prof. Harrison Brown z Kalifornii, dopuszcza 50 miliardów jako górną granicę. Dr Raymond Ewell z uniwersytetu w Buffalo powiada, że trzeba rok w rok inwestować co najmniej jedną czwartą obecnego budżetu badań kosmicznych USA w sprawy tak bardzo ziemskie jak fabryki nawozów sztucznych, środków owadobójczych lub wzięcie pod uprawę odłogów. Najpierw świat trzeba zabezpieczyć przed głodem, dopiero potem badać inne planety. Tak stawiają sprawę jedni, kiedy inni wzruszają na to ramionami. Co za przyziemne postawienie sprawy - mówią.

Owszem, przyznaję, że pogłębia się. przepaść dzieląca kosmonautę od chłopa, który drewnianym patykiem spulchnia glebę, że z bagnistych łąk, na których brodzą bawoły, daleko jest do zautomatyzowanych fabryk. I właśnie dlatego trzeba inwestować w postęp. Deszcz wiedzy spadnie bowiem na całą ludzkość. Badania kosmiczne odsłonią prawa rządzące genetyką, pogodą, fizyką czy medycyną. Stany są teraz naprawdę zjednoczone w programie badań. W Kalifornii buduje się satelity biologiczne, które posłużą do studiów nad zachowaniem organizmów żywych w kosmosie, w Cambridge w Massachusetts bada się zastosowanie radia do kierowania satelitami, w Maryland uczeni specjalizują się w zastosowaniu satelitów do badań meteorologicznych. W jednym stanie powstał szybowiec kosmiczny ważący pół tony, którego szybkość będzie mogła sięgać 24 000 km na godzinę na wysokości 70 km, inny stan próbuje silnik atomowy, który zastąpiłby stosowane obecnie do napędu rakiet, jeszcze gdzie indziej buduje się samolot X-15, którego pułap sięga stu, a szybkość przekracza 6500 km na godzinę.

Może ten duch współpracy w podboju kosmosu przybierze charakter międzynarodowy? Kto wie, może, skoro tak idealnie układa się współpraca międzynarodowa na Antarktydzie, to i w kosmosie też uda się ją stworzyć?

Odliczanie trwa!

Odliczanie przebiegało zdumiewająco pomyślnie. Tak jak w czwartek narastały kolejno trudności, piętrzyły się komplikacje, tak w sobotę wszystko układało się dobrze. Nie było dramatu, była rutyna. Znowu przekazywano kolejne meldunki aż wreszcie (T-27 minut) kontrola Gemini oznajmiła: „Wokoło świata nasza bieżnia ma tak zielone światło, jak tylko można sobie wyobrazić. Na naszych mapach nie ma ani jednego haczyka. Nasza łączność jest sprawniejsza, niż to się kiedykolwiek zdarzyło...” I znowu kolejno odzywały się stacje obserwacyjne. I ta w Sziraz koło historycznych ruin Persepolis, i ta na samotnej wyspie Canton na Oceanie Spokojnym...

Wieża erektora znowu położyła się na ziemi, ale już się nie podniosła. Cały świat powstrzymał oddech, kiedy padły słowa, na które czekano tak długo: „Dziesięć, dziewięć, osiem, siedem, sześć, pięć, cztery, trzy, dwa, jeden. Zapłon! Start!” Jeszcze w tej samej sekundzie słychać było wołanie kosmonauty Coopera:

- Jesteśmy w drodze!

Odpowiedziała mu wieża kontrolna, James McDivitt, który tym razem miał utrzymywać łączność z kolegami:

- Roger (tj. - zrozumiałem, w umownym języku lotniczym - L.W.), jesteście w drodze, wyglądacie wspaniale.

Cooper:

- Czujemy się świetnie. Długo się nie zobaczymy.

Conrad:

- Piękny widok.

McDivitt:

- Fantastyczny. Tu, na dole, wszystko dobrze. Gemini 5, Gemini 5! Wy szybujecie, wy szybujecie!

Conrad dojrzał lecący pod nimi samolot, połączył się z jego załogą:

- Jestem pewien, że nasz lot jest przyjemniejszy niż wasz. Loty kosmiczne lepsze są niż latanie samolotem. Do zobaczenia za osiem dni, chłopcy!

Na wieść o udanym starcie ojca Krzysztof, najmłodszy z czterech synów Conrada, zaczął fikać koziołki na łóżku. Tej zaś nocy żona kosmonauty dostrzegła migoczący błędny ognik pojazdu kosmicznego Gemini 5, w którym Conrad i Cooper krążyli wokół Ziemi. Jane Conrad sięgnęła po pióro i napisała:

Gemini 5, migocz nam znów,
Jak bym już chciała, byś wrócił zdrów.

Tej samej nocy leciałem odrzutowcem na północ w reporterskiej pogoni za nowymi tematami. Po kolacji z sufitu kabiny pasażerskiej samolotu opuszczono ekran panoramiczny oraz projektor, zasłonięte okna, aby nic nie przeszkadzało wyświetleniu komedii. Tytuł nieco przydługi: „Ci wspaniali ludzie na swych latających maszynach, czyli jak przefrunąłem z Londynu do Paryża w 25 godzin i 11 minut”. Pasażerowie, najedzeni i wygodnie rozparci w fotelach na 11 km nad ziemią, zaśmiewają się z perypetii tych, którzy latali przed nami pół wieku temu... Jakież to zabawne, ci wąsaci panowie w obcisłych trykotach i te skrzynki sklecone drutem, które jakoś wznosiły się w powietrze... Trudno oprzeć się natrętnej myśli, że może za następne pół wieku, gdzieś może w roku 2015, jakaś inna farsa opowiadać będzie o pierwszych kosmonautach, którzy z niepokojem patrzyli w niebo na czarną chmurę. Może ludziska śmiać się będą z pociesznej postaci spawacza, który potknął się i upuścił swe narzędzia pracy, wywołując pożar, może też jednak westchną wspominając pionierów, którzy byli zwyciężani przez usterki w dalmierzach czy skoki napięcia prądu.

Bo jednak wierzę, że nie tak bardzo daleki jest dzień, kiedy ludzie w pojeździe kosmicznym ujrzą, jak przybliża się do nich te 30 tysięcy kraterów Księżyca, o których wspomina regulamin kosmiczny. Cały świat czekać będzie wtedy na połączenie naprawdę długodystansowe, aż odezwą się ludzie z odległości 380 000 km. Nie wiadomo, czy podnieceni zwycięstwem wołać będą po angielsku czy rosyjsku, ale dzień taki nadejdzie, lot taki już się sposobi. Odliczanie do lotu na Księżyc już się zaczęło, odliczanie trwa!

Powrót do spisu treści