Lucjan Wolanowski
SmodCMS

Urszula Glensk - "Liber vitae"

  

.

 
Lubię rzetelnie przygotowane książki. Tom o Lucjanie Wolanowskim (1920-2006) pod redakcją Mariusza Kubika i Dariusza Rotta jest przykładem przemyślanej koncepcji wydawniczej i dociekliwości naukowej, mimo wyznawczego stosunku do „przedmiotu badań”. Estyma nie powinna dziwić, bo Lucjan Wolanowski – autor niegdyś cenionych reportaży – w świetle zebranych dokumentów jawi się jako mądry, szlachetny i wrażliwy człowiek. Taka konstatacja wynika z tekstów zamieszczonych w publikacji, to znaczy z obszernego biogramu, artykułów naukowych, wspomnień przyjaciół i znajomych, w końcu z dedykacji wpisywanych do ofiarowanych Wolanowskiemu książek. Poznajemy dzięki temu różne zdarzenia, decyzje i drobne gesty, stawiające reportera w dobrym świetle. Jeden z takich gestów odnotowywał w swoich wspomnieniach Władysław Bartoszewski: „Tylko jeden człowiek – słownie jeden, przeszedł na moją stronę. – Lucjan Wolanowski (...) podszedł do mnie, ukłonił się – nie wiem, czy Pan mnie jeszcze pamięta? – tak, poznaję... A on rzeczowo zapytał: – Bili Pana? Wiedziałem, że Wolanowski jest przyzwoitym człowiekiem, wiedziałem to od Jacka Woźniakowskiego, chodzili do tej samej szkoły”. Rozmowa ta zdarzyła się w latach pięćdziesiątych, kiedy Bartoszewski wyszedł z więzienia. Wymagała odwagi.

Inny przykład to wyeksponowana w książce miłość do jedynej, samotnie wychowywanej córki, która w wieku 18 lat wyemigrowała do Australii. Przyjaciele zauważali jego przygnębienie i tęsknotę, a zdjęcie pokazujące córkę i ojca na ławce w parku mówi samo za siebie. Wolanowski na żadnej innej fotografii nie ma tak szczęśliwego, wręcz błogiego wyrazu twarzy.

I jeszcze jedna cecha pisarza – dbałość o relacje z innymi ludźmi. Znajomi wspominają, że poświęcał im wiele czasu i troski, i starał się z nawiązką rewanżować za pomoc, której udzielały mu różne osoby podczas podróży reporterskich, a taka pomoc z powodu skromnych diet była niezbędna.

Ten sam rys charakteru ujawnia fakt, że pod koniec życia, schorowany i słaby z oddaniem opiekował się swoimi siostrami. Należał do tego pokolenia, które po przeżyciu Holocaustu, dobrze rozumiało jak ważni są żyjący członkowie rodziny. I jeszcze ciekawostka biograficzna – Wolanowski podobno od dzieciństwa bardzo słabo słyszał, ale równocześnie posiadał umiejętność rozmawiania w wielu językach. Angielskiego nauczył się w okupacyjnym ukryciu, nasłuchując wiadomości, które raportował AK. 

Tak więc z książki naukowo-edytorskiej wyłania się portret człowieka, którego chciałoby się znać nie tylko z lektury. Z jednej strony nowoczesnego poliglotę i sprawnego podróżnika, z drugiej zaś, osobę o powściągliwych obyczajach, zachowującą w sobie szlif minionego, przedwojennego świata. To, co byłoby niezwykle ważne dla uzupełnienia tego portretu, a co nie znalazło się w pracy, choć zostało w niej odnotowane, to relacja Wolanowskiego nagrana dla fundacji Stevena Spielberga „Survivors of the Shoah”. O dramatyzmie tych przeżyć świadczy walka ze szmalcownikiem, w której szantażysta zginął. Szkoda, że tych wspomnień nie udało się zamieścić, ale nie umniejsza to kompetencji i badawczej sumienności redaktorów tomu.  

Obszerną część książki stanowią przedruki artykułów, publikowanych przez Wolanowskiego w „Gazecie Uniwersyteckiej Uniwersytetu Śląskiego”. Dwa z nich są wyjątkowo ciekawe, bo opowiadają o odradzaniu się dziennikarstwa po wojnie, o niebywałej determinacji i zapale konsekwentnie studzonym przez coraz bardziej dotkliwe wymuszenia i restrykcje. Wolanowski wspomina relację z przylotu na Okęcie „delegacji” dzieci, które odwiedzały Związek Sowiecki, i wyemitowanie przy tej okazji komentarza: „jak państwo słyszą, drodzy radiosłuchacze, dzieciom polskim na wakacjach w ZSRR wolno było nawet pisać listy”. Reporter wspomina też uszczypliwe uwagi akredytowanych w Polsce dziennikarzy zachodnich. Ed Murrow po przeczytaniu w „Przekroju” artykułów Wolanowskiego komentował: „Lucjan, jak ja czytam to, co ty piszesz, to rozumiem, jak ty byś pisał, gdybyś sam wierzył w to, co piszesz...”. Tymczasem praca w redakcjach była coraz bardziej zewnętrznie sterowana również pod względem czysto organizacyjnym. „Załatwianie” różnych spraw kompensowało brak wolnego rynku. Gdy Julia Minc, słynna żona i szefowa Polskiej Agencji Prasowej, postanowiła wysłać Wolanowskiego w podróż pociągiem rządowym do Rumunii, przygotowania do wyprawy zaczynały się od zdobywania materiału na garnitur. Mincowa załatwiła taką tkaninę, że krawiec był oszołomiony niespotykaną jakością powierzonej materii. Dziennikarz mógł zatem wsiąść do „Pociągu Osobowego Nadzwyczajnego Specjalnego Znaczenia”, tzw. PONSZu, aby przysłuchiwać się erotomańsko-alkoholowym dyskusjom Cyrankiewicza i jego świty.     

Bardziej blado niż osobiste wspomnienia wypadają zamieszczone w tomie szkice reporterskie, w których Wolanowski opisuje przede wszystkim Australię. Autor pisze je jakby wbrew wyznawanej przez siebie zasadzie, mówiącej, że im więcej szczegółów, tym mniej czytelników. Artykuły te są mniej wdzięczne w czytaniu niż książki pisarza z lat sześćdziesiątych o Australii (a wydał ich aż dziewięć wraz z barwnym i docenionym reportażem Poczta do Nigdy-Nigdy). Szkice złożone są z mnóstwa drobiazgowych informacji o przeszłości kontynentu i perypetiach dawnych osadników. W efekcie powstały mocno zagęszczone faktograficzne narracje, w których Wolanowskiemu nie udało się zrealizować swojej kolejnej strategii, przyjętej i dostrzegalnej w napisanych wcześniej książkach, a polegającej na koncentracji uwagi na „ludzkiej stronie opowieści”, the human side of the story. Czytelnik może się ożywić, gdy trafia na akapit o barbarzyńskich obyczajach, np. o zrzucaniu niewolników z góry wodospadu, po to, aby zabawić publiczność (to uciecha Wikingów), albo o kapitanie statku płynącego do Melanezji, który niepokornych marynarzy wieszał za palce. Równie marny los spotykał osadników, wpadających w ręce tubylców. Karmiono ich ludzkim mięsem. Autor ręczy za te informacje, przeczytane m.in. w archiwum kolonialnym w Nouméa na Nowej Kaledonii.

Reporterskie resumé – artykuły pisane pod koniec życia nie posiadają już takiej swobody pisarskiej jak wielkie książki Lucjana Wolanowskiego. Przypominają je natomiast autorzy prac literaturoznawczych, również włączonych do tomu. Wyjaśniają one, na czym polegało oswajanie egzotycznych kultur, rejestrowanie praktyk społecznych czy antropologiczna czujność reportera. Ujawniają kulisy pracy Wolanowskiego dla Światowej Organizacji Zdrowia WHO, w efekcie czego powstała książka Upał i gorączka o chorobach tropikalnych (a trzeba było mieć odwagę, żeby wystawić się na niebezpieczeństwo cholery, trądu, „gorączki ślimaczej” po to, żeby rozpoznawać je i o nich pisać).

URSZULA GLENSK

Wokół reportażu podróżniczego. Tom 3. Lucjan Wolanowski (1920-2006). Studia - szkice - materiały, pod red. Dariusza Rotta i Mariusza Kubika, Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego, Katowice 2009, seria: "Prace naukowe Uniwersytetu Śląskiego nr 2683", ISBN 978-83-226-1802-8, ISSN 0208-6336.
 

Tekst jest rozszerzoną (pierwotną) wersją artykułu, który ukazał się w miesięczniku "Nowe Książki" (nr 6/2010).  Autorka wykłada w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Wrocławskiego. W swoich badaniach traktuje literaturę jako jeden ze sposobów opisania i zrozumienia świata. Bada, jaki obraz świata kreuje i odnotowuje literatura, i co z tego opisu wynika. Jak ma się on do rzeczywistości, bliskiej indywidualnemu doświadczeniu, a jednocześnie odnotowywanej w ramach innych dziedzin badawczych, głównie antropologii kulturowej. Wydała książki "Proza wyzwolonej generacji 1989-1999" i "Trzy szkice o przewartościowaniach w kulturze" jest też autorką wielu artykułów naukowych.

Powrót do spisu treści